urok socjopaty
Reklama B1

Zmieniaj świat wspólnie z nami

Dobre dziennikarstwo, wartościowe treści, rzetelne i sprawdzone informacje.
Tworzymy przestrzeń ludzi świadomych.

Wszystkie artykuły dostępne są bezpłatnie.
Abyśmy mogli rozwijać tą stronę, potrzebujemy Twojego wsparcia.

Dyskretny urok socjopaty

Mistrzowie zła – w ten sposób można by skrótowo określić wizerunek socjopatów w popkulturze. Jak to możliwe, że ich odrażające czyny mogą wzbudzać takie zainteresowanie i stawać się przedmiotem swoistego kultu?

Tekst: Weronika Pyszko
Ilustracje: Robert Kempisty

O tym, że popkultura – albo nieco szerzej: zbiorowa świadomość – zafascynowana jest socjopatami, nie trzeba nikogo przekonywać. Można co najwyżej zastanowić się, jaką formę owa fascynacja przybiera i jaką formę przyjmują oni sami. Dlaczegóż czasami bezpieczniej posługiwać się terminem zbiorowa świadomość aniżeli popkultura? Choćby dlatego, że stanowi ona wytwór stosunkowo świeży, będący w równym stopniu kreacją indywiduów, kultury, co przemysłu i ekonomii.

Tymczasem społecznie zapośredniczone treści wyobraźni obecne były na długo przed wynalezieniem telegrafu (od którego to momentu można w zasadzie datować start współczesnej kultury masowej). Kim innym, jeśli nie socjopatą, jest Vlad Palownik, znany szerzej jako Hrabia Dracula? A Dr. Jekyll i Mr. Hyde? Czyż nie jest to równie ciekawy literacki opis socjopatii? Czy socjopatą nie był Neron? Iwan Groźny? Józef Stalin? Z pewnością podobnych przykładów – osób czerpiących zatrważającą satysfakcję z cierpienia innych – można by mnożyć bardzo dużo. Fascynacja złem wydaje się w dziejach naszej cywilizacji ponadhistoryczną prawidłowością – każda epoka służy zastępami socjopatów, tak wykreowanych, jak i najzupełniej prawdziwych. Czymś ponadczasowym jest także zainteresowanie ich dziełem, jak i motywami działania.

Socjopata – czyli?

Zanim jednak przejdziemy do odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że osoby socjopatyczne tak skutecznie potrafią zawładnąć wyobraźnią i przeniknąć do treści kultury – mitów, opowieści, filmów – skoncentrujmy się na kwestii ich tożsamości oraz cech wyróżniających. Mówi się o nich, że to osobowości antyspołeczne. O ludziach – przynajmniej o tych prawidłowo funkcjonujących – zwykło się potocznie mawiać, że to zwierzęta stadne. Ażeby w takie uspołecznione zwierzę się przemienić, potrzebne jest wykształcenie w toku socjalizacji kilku niezbędnych komponentów, np. sumienia.

Badacze społeczni powiedzieliby zapewne, że nie jest ono niczym innym, jak uwewnętrznionym zespołem nakazów i norm, czyli takim, z którym jednostka głęboko się utożsamia i uznaje za swój własny, a nie narzucony z zewnątrz. W myśl tej zasady zabicie drugiego człowieka nie jest li tylko złe dlatego, że uważa tak rodzina, grupa, społeczeństwo. My sami również tak uważamy, bez względu na to, co uważają inni. Pogwałcenie uwewnętrznionych norm budzi w nas opór, który odczuwamy jako podszepty, a w dłuższej perspektywie wyrzuty sumienia.

Inne potrzebne komponenty społecznego zwierzęcia to poczucie wstydu, rozwojowo wcześniejsze aniżeli sumienie (wstyd pojawia się wyłącznie w obliczu konfrontacji niecnego uczynku z opinią innych; sumienie zaś jest bardziej samodzielne, jako że do działania nie potrzebuje obecności obserwatorów i sędziów), czy empatia, czyli umiejętność i gotowość do współodczuwania stanów emocjonalnych innej osoby w odpowiedzi na konkretne okoliczności. Prawidłowo rozwijający się człowiek dostrzega również potrzebę kontaktu z innymi osobnikami, jak również chce i umie przywiązywać się do kogoś, a w konsekwencji wykazywać zrozumienie czy troszczyć się o innych. To tylko niektóre z szerokiego wachlarza form uspołecznienia.

Geny czy środowisko?

U socjopatów cechy te rozwijają się w sposób zaburzony lub nawet nie rozwijają się wcale. Próżno doszukiwać się u nich wyrzutów sumienia, trudno oczekiwać współczucia, o wiele trudniej też przychodzi im zrozumienie, dlaczego należy przestrzegać norm społecznych. W pewnym sensie są więc patologicznymi nonkonformistami: nie interesuje ich perspektywa innych ludzi, gotowi są ranić, zadawać ból i niszczyć bez oglądania się na osąd otoczenia, tylko po to, by zaspokoić swoją ciekawość lub inne motywacje. Nie przeszkadza im w ogóle, że postępują w sposób całkowicie niezgodny z oczekiwaniami otoczenia.

W odróżnieniu od psychopatów (choć terminy te niekiedy nawet na gruncie dyskursu naukowego bywają traktowane zamiennie) zaburzenia te mają rodowód środowiskowy. Innymi słowy – psychopaci rodzą się z pewnymi niepożądanymi predyspozycjami (dziedzictwo genetyczne przekładające się na nieprawidłowy rozwój niektórych struktur i ośrodków neuronalnych), socjopaci z kolei trafiają w zaburzone środowisko: nie doświadczają wystarczającej bliskości, przeżywają określoną traumę, a więc nie tyle rodzą się tacy, ile raczej zamieniają się w jednostkę zaburzoną.

Jeśli przypomnimy sobie osobę Drakuli – spełnia on ten warunek. Legenda (dobrze przedstawiona choćby w powieści Stokera czy filmie Coppoli) głosi, że przemienił się on w żądnego krwi tyrana po stracie ukochanej. Wówczas czuł, że jedyne ukojenie może przynieść mu nurzanie się w bólu innych – stąd upodobanie do nawlekania nieszczęśników na pal. Kto wie, gdyby nie trauma związana ze śmiercią narzeczonej, być może hospodar Vlad pozostałby całkiem normalnym arystokratą?

Patologiczny magnetyzm

Patogeneza takich zachowań to jedno. Czym innym jest natomiast nasza fascynacja takimi przypadkami. Jak to się jednak dzieje, że podobne indywidua potrafią przykuć naszą uwagę do tego stopnia? A robią to na tyle skutecznie, że dzięki nim pop-przemysł potrafi zarabiać grube miliony i nic nie wskazuje na to, by temat się wyczerpywał.

Zacznijmy może zatem od portretów dwóch socjopatów, którzy na trwałe zapisali się w kanonie współczesnej kultury masowej: Hannibal Lecter, kanibal z Milczenia owiec i John Doe, morderca z filmu Siedem. Obaj posiadają niezaprzeczalny urok, w szczególności postać grana przez (nagrodzonego za tę kreację Oscarem) Anthony’ego Hopkinsa. Przypomnijmy sobie scenę, w której agentka Clarice Starling (Jodie Foster) po raz pierwszy spotyka Lectera. Ten przebywa w jednoosobowej celi, odgrodzony grubą, pancerną szybą. Ubrany schludnie w więzienny kombinezon, stoi zupełnie nieruchomo, a na twarzy błąka się cień uśmiechu i ciekawości. Rozmawia spokojnie, grzecznie prosi, by wystraszona Clarice podeszła bliżej, jeszcze bliżej, i pokazała mu swoją legitymację. Nie robi nic nadzwyczajnego, a mimo to atmosfera jest biegunowo odległa od spokojnej. Widz również jej ulega – jest w równym stopniu zestresowany, co zaciekawiony. Jak to jest możliwe?

Twarz prawdę ci powie?

Przy wyjaśnianiu tego paradoksu musimy pamiętać, jak ważną rolę w codziennych interakcjach odgrywają oczy i twarz. U homo sapiens to niezwykle ważny instrument komunikacyjny. Nie bez powodu wyposażeni jesteśmy w tak dużą liczbę mięśni mimicznych. Nie bez powodu nawet niewidome niemowlęta podczas karmienia instynktownie kierują oczy tam, gdzie powinna znaleźć się twarz matki. Nie bez powodu wreszcie nasz mózg z łatwością rozpoznaje twarze nawet tam, gdzie ich nie ma (liczne są przykłady przedmiotów przypominających zupełnie przypadkiem ludzkie oblicza, od gniazdek elektrycznych, fasad budynków, aż po zderzaki i reflektory samochodów).

Bez względu na szerokość geograficzną i moment historyczny ludzie identycznie rozpoznają podstawowe ekspresje mimiczne: zaskoczenie, wstręt, złość, radość, smutek i strach. W ciągu życia uczymy się przyporządkowywać je do określonych sytuacji społecznych, towarzyszącego im kontekstu, a także – to chyba najważniejsze – przewidywać z nich dalszy rozwój wypadków. To komunikaty mówiące nam nie tylko to, co właśnie się dzieje, ale także pomagające nam przewidywać najbliższą przyszłość. Dzięki mimice lepiej interpretujemy intencje partnera interakcji, wiemy, czego możemy się spodziewać. Z biegiem lat nabieramy w tym biegłości, czasem jest ona tak wysoka, że trafnie interpretujemy nawet drgnięcie powiek czy kącików ust.

To właśnie dzięki takim mikroekspresjom lepiej potrafimy przewidzieć, czy ktoś np. planuje nas zmanipulować. To sztuka na tyle subtelna, że niekiedy nawet nam samym trudno zrozumieć, skąd coś o kimś wiemy. Trafny osąd przypisujemy wówczas intuicji, nieświadomi tego, że nasz mózg dawno już przeanalizował owe ledwo zauważalne sygnały. Z podobnych powodów niektóre ssaki bardzo dobrze potrafią interpretować zachowania człowieka. Prawdopodobnie z tego względu o psach mówimy, że są naszymi najlepszymi przyjaciółmi.

W przypadku filmowych socjopatów sprawa ma się jednak zgoła odmiennie: ich twarze komunikują bardzo niewiele lub ślą komunikaty nieprzystające do okoliczności. John Doe podczas przesłuchania, w trakcie którego omawiał ze szczegółami, jak torturował swoje ofiary, beznamiętnie wpatrywał się w rozmówcę i powoli, rytmicznie zanurzał w stojącej szklance torebkę herbaty. Hannibal Lecter z sentymentem z kolei wspominał ucztę, jaką urządził sobie z ludzkiej wątroby i fasoli (oczywiście popijając kieliszkiem wybornego chianti).

Te i inne sytuacje są – mówiąc najprościej – zupełnie nieprzystające do społecznych doświadczeń przeciętnego człowieka. O makabrycznych zbrodniach nie opowiada się neutralnym tonem przy szklance herbaty. Nie wspomina się epizodów kanibalizmu z rozmarzonym spojrzeniem. Ta niekompatybilność ekspresji i informacji wzbudza w odbiorcy duży niepokój. Ponieważ bohater relacjonuje swoje doświadczenia na ekranie, a nie w fotelu obok, pozwalamy sobie na zaciekawienie i dalej śledzimy akcję. W realnym życiu bralibyśmy już dawno nogi za pas. Za dużo niejednoznacznych sygnałów, a brak wiedzy w większości przypadków uruchamia strach i generuje komunikat: lepiej uciekać.

Esteta, filozof, świr

Przyglądając się kinowym portretom tych patologicznych osobowości, nie sposób im odmówić wysokiego poziomu inteligencji, a jest to cecha, która w większości ludzkich społeczności uznawana jest za seksualny wabik. Nie wystarcza nam, że bohater popełnia bezdyskusyjną zbrodnię. Towarzyszą mu przy tym konkretne motywy. W przypadku Lectera jest to żądza zjedzenia ludzkiego mięsa, z kolei John Doe morduje, by prawić ogółowi kazanie na temat upadku obyczajów. Obaj jednak o swoich uczynkach opowiadają z pasją i zaangażowaniem. W obu przypadkach towarzyszą im uczucia wyższe.

Hannibal Lecter delektuje się swoimi potrawami, to dla niego przeżycie na wskroś estetyczne. Jest smakoszem, mistrzem w swoim fachu, dba o każdy szczegół, o równowagę treści i formy. Posiłek stanowi dla niego źródło ekstazy. Dania spożywa na ogół przy Wariacjach Goldbergowskich Bacha. Powiedzieć o nim: artysta zbrodni – to żadna przesada. John Doe z kolei naucza. Każda śmierć, jaką zadał, dedykowana jest jednemu z grzechów ciężkich. Swoje motywy popiera ogromną dawką oczytania i erudycji. Zmusza detektywów do pójścia do bibliotek i przebrnięcia przez perły dawnej literatury. Na swój sposób wrażliwy, przejęty degrengoladą, kulturą, która zło sprowadziła do poziomu banału, w związku z czym, by być wysłuchanym, musi posłużyć się tak skrajnymi środkami. To krytyk cywilizacji, filozof zła, makabryczny eseista.

Co jest nie tak z dziećmi?

Warto zwrócić uwagę, że na identycznych zasadach funkcjonuje w popkulturze obraz… dziecka. A dokładniej – dziecka w horrorach. Upiorny malec i seryjny zabójca mogą mieć – i mają – ze sobą całkiem dużo wspólnego. Czy to nie zastanawiające, że w wielu horrorach nieodłącznym elementem budowania atmosfery grozy jest kilkuletni brzdąc? Teoretycznie obrazy dzieci powinny kojarzyć się z atmosferą bardziej sielską. Są one bowiem obiektem wdzięcznym do oglądania, wzbudzają pozytywne emocje – bez tego nie byłyby przecież tak częstymi gośćmi reklam. A jednak. Wystarczy wspomnieć takie tytuły, jak Lśnienie, Sierociniec, Poltergeist czy Krąg – w każdym z nich mamy do czynienia z kilkulatkiem (czy nawet z całym ich zastępem), który budzi strach.

Uważna analiza sposobu zachowania wspomnianych postaci w tego typu obrazach przynosi jednak odpowiedź. Dziecko bardzo często – podobnie jak socjopata – zachowuje się nieadekwatnie do sytuacji. Okazuje – w przeciwieństwie do np. filmowych rodziców – znacznie mniejszy poziom strachu. Przykładowo, przychodzi do ich sypialni o drugiej nad ranem i spokojnym głosem oświadcza, że dziś znowu przyszła do niego pobawić się ta sama dziewczynka, która odwiedza go w środku nocy już od miesiąca. I nagle włos zaczyna jeżyć się na głowie.

Umysł dziecka stanowi w tym wypadku podobne wyzwanie, co umysł socjopaty: nie do końca wiemy, co mały człowiek myśli i stara się nam zakomunikować, jego intencje są mało czytelne, reakcje nieadekwatne do niebezpiecznego kontekstu.
W horrorach młodzi bohaterowie są też – co znamienne – nad podziw spokojni. Nawet wobec grożącego im niebezpieczeństwa gotowi są stale bawić się, śpiewać monotonnym głosem tę samą kołysankę, chcą, by mama i tata również zaprzyjaźnili się z gośćmi ze strychu itp. Wydają się też czymś na kształt niebezpiecznego narzędzia w rękach wrogiej siły. W kluczowym momencie po prostu biorą nóż i ponownie sennym krokiem kierują się do sypialni rodziców.

Zagadka umysłu

Niepokój, jaki budzą w nas te filmowe kreacje, nie bierze się jedynie z emocjonalnego chłodu, który bije z twarzy socjopatów. Każdy człowiek w rozwoju swoich społecznych predyspozycji dysponuje wachlarzem psychologicznych narzędzi, które ową naukę czynią łatwiejszą. Jednym z takich podręcznych sprzętów jest tzw. teoria umysłu, czyli zdolność do rozumienia ukrytych intencji innych ludzi (a więc zrozumienia, że inni również mają umysły – stąd nazwa).

Mniej więcej do trzeciego roku życia dzieci nie zdają sobie sprawy, że ktoś może myśleć odmiennie niż one same. Z tego powodu dopiero z biegiem czasu uczą się, na czym polega skuteczna manipulacja. Nie rozumieją też istoty kłamstwa: przecież nie można myśleć i mówić dwóch rzeczy naraz. Później odkrywają świat wewnętrznych przeżyć pozostałych ludzi i staje się dla nich jasne, że ktoś może chcieć ukryć przed innymi swoje motywy. Teoria umysłu to zdolność przewidywania co ktoś może myśleć, nawet jeśli chciałby to przed nami zataić. Mijają lata i człowiek powoli nabiera w tej trudnej sztuce coraz to większej biegłości. Raptem okazuje się, że z większą lub mniejszą trafnością jesteśmy w stanie przewidywać działania i myśli innych, ich decyzje rzadko są dla nas całkowitym zaskoczeniem (zdolności tej nie rozwijają osoby autystyczne – stąd też z ich strony niemal całkowity brak zrozumienia dla działań osób znajdujących się w ich otoczeniu).

W przypadku socjopatów mechanizm ten jednak zdaje się zawodzić. Ich zachowanie wystawia nasze społeczne doświadczenie na próbę. Nigdy nie możemy być do końca pewni, co myślą, co planują, czego pragną – i z tego właśnie powodu bezpieczniej jest założyć wariant możliwie najgorszy: socjopata nie planuje niczego dobrego. I gotowe: w ułamku sekundy odczuwamy strach.

Nic więc dziwnego, że popkultura z takim zapałem podchwytuje obrazy podobnych indywiduów. Po pierwsze, od zawsze stanowiły one przedmiot fascynacji dla szerszych grup, po drugie, owa ciekawość ma głęboko psychologiczne tło: wystawia na próbę nasze mechanizmy poznawcze. W przeciwieństwie do typowych przedstawicieli homo sapiens, odpowiedzi na pytanie o co chodzi w przypadku socjopatów są już… bardzo nietypowe. I chyba ta prawidłowość leży u źródła ich dyskretnego uroku.

Dyskretny urok socjopaty

Reklama B3

Zgłoś się do TBPI 2020 | YOUNG!

Opublikuj swoje prace w The Best Polish Illustrators!
Zdobądź stypendium za projekt okładki TBPI 2020 | YOUNG