slow epidemia szczęścia
Reklama B1

Zmieniaj świat wspólnie z nami

Dobre dziennikarstwo, wartościowe treści, rzetelne i sprawdzone informacje.
Tworzymy przestrzeń ludzi świadomych.

Wszystkie artykuły dostępne są bezpłatnie.
Abyśmy mogli rozwijać tą stronę, potrzebujemy Twojego wsparcia.

Epidemia szczęścia, zagłębie depresji

Wyobraź sobie, że możesz robić wszystko co chcesz. Jesteś w domu, ale nie istnieją żadne obowiązujące cię normy społeczne. Nikt nic nie widzi, nikt o niczym się nie dowie – co robisz? Omawiając specyfikę i siłę kontekstu społecznego zadaję czasem studentom takie właśnie pytanie. Najczęstsza odpowiedź brzmi: rozbieram się  do naga.

Tekst: Tomasz Kozłowski
Ilustracje: Dawid Ryski

Tak między nami: nie są to szczególne szczyty wyobraźni. Z całego repertuaru wszystkich możliwych zachowań do głowy najczęściej jakimś cudem przychodzi właśnie to, zupełnie tak, jakby ubiór był wszystkim, co ogranicza nas od totalnej wolności, jakby inne ograniczenia nie istniały. Jakimś cudem uwaga większości słuchaczy skupia się właśnie na okryciu wierzchnim. Nie ustępuję i ciągnę temat: w porządku, rozbieramy się – i co dalej? Pada odpowiedź: upijamy się do nieprzytomności. Śmiech, ale bez polemiki. Potem zapada cisza. W sumie to chyba wszystko. Brawa. Kurtyna. Pijany, nieprzytomny golas to wszystko, co jesteśmy skłonni wymyślić w odpowiedzi na wolność absolutną.

Inne ćwiczenie: wyobraź sobie, że wchodzisz na pętli tramwajowej do zupełnie pustego wagonu. Po chwili wchodzi drugi człowiek i po prostu siada obok ciebie. Co myślisz? Oto, co słyszę w odpowiedzi: jakiś dziwny. Socjopata. Debil. Zboczeniec, który za moment zacznie się o mnie ocierać. Dlaczego? Przecież cały tramwaj jest wolny? I co z tego? Czy nie wolno mu usiąść obok? Wolno, ale… Ale co?

Zdjęcia z drugim dnem

Tym czymś jest właśnie społeczny kontekst – zestaw cech sytuacji, które sprawiają, że staje się ona dla nas właśnie tym, czym jest. Takie elementy sytuacyjne możemy sobie uświadamiać lepiej, gorzej, albo wcale, ale nie znaczy to, że kontekst nas nie obowiązuje. Obowiązuje zawsze – nawet w snach, które też toczą się według pewnej społeczno-kulturowej logiki. Inni ludzie potrafią oddziaływać na nas również wtedy, gdy nie ma ich na miejscu (np. puste mieszkanie) lub gdy nie istnieją (np. zmarli). Nieprzerwanie modyfikują oni nasze zachowania, nawet gdy tego nie chcemy. Społeczna sieć potrafi ukazać swoją gęstą i dziwną mozaikę w bardzo nieoczekiwany sposób.

Inny przykład nieuświadamianego kontekstu i nienazwanych cech sytuacji: zdjęcia profilowe portali społecznościowych. Prawdziwa kopalnia znaczeń. Czy wertując katalogi znajomych natrafimy na choćby jeden portret biometryczny? Albo na zdjęcia rodem z policyjnych kartotek: en face i z profilu? Przecież nie trzeba więcej, by rzetelnie zaprezentować swoje oblicze. Tak właśnie wyglądamy, choć większość z nas nie przepada za takimi portretami, uważamy je za nienaturalne, nierzetelne. Ale czy o rzetelność tu chodzi? Chodzi o coś więcej, o dużo więcej. Zdjęcie profilowe to najczęściej twarz, ale twarz w określonej sytuacji: na imprezie, na wczasach, z najbliższymi, ze zwierzakiem itd.

A jeśli stwierdzimy, że i na tym nam zbywa, zamiast twarzy zamieszczamy krajobrazy, tajemne symbole, postaci z kreskówek, przedmioty. Motyw jest oczywisty: nie chodzi tylko o nas, chodzi o to, by być niepowtarzalnym, niebanalnym, by zakomunikować o sobie znacznie, znacznie więcej. Dlaczego? Ponieważ wymaga tego od nas otoczenie, nie wprost, ale takie są zasady gry w społeczeństwo, nawet na portalu społecznościowym. Sieć znaczeń i oddziaływań mocno ogranicza możliwość działania poszczególnych swoich ogniw.

Nadmiar wolności szkodzi?

Nawet nonkonformiści grają do pewnego stopnia według ustalonych zasad. Ich bunt przebiegać może według ścieżek przewidzianych przez konformistyczną resztę. Przychodzi mi na myśl przykład „gotyckich dzieciaków” – drugoplanowych bohaterów kultowego serialu „South Park”. Owa czwórka ubranych w ponure stroje emo-odszczepieńców uwielbiała taplać się na pokaz w czarnej rozpaczy. Pisała dołujące wiersze, słuchała gotyckiego rocka i zrzędziła siedząc na uboczu i popalając. Czemu tak? Bo właśnie tak postępują prawdziwi nonkonformiści. Tylko tak. Jeśli ktokolwiek chciał dołączyć do ich grupy, koniecznie musiał pisać wiersze, słuchać takiej samej jak oni muzyki i pić bardzo dużo kawy. W przeciwnym razie nie można być prawdziwym nonkonformistą. Sieć determinuje charakter postaw nonkonformistycznych na zasadzie prostej opozycji: rób odwrotnie, czy – jak określił to niedawno Stanisław Tym w odpowiedzi na pytanie „jak żyć?” – żyj w poprzek. Co więcej, grupka nonkonformistów – określa owe warunki ze zdwojoną mocą. Czy można zatem jakkolwiek wyzwolić się z sieci społecznego wpływu?

Usiłował tego dokonać Chris Maccandless – odsyłam Cię, Czytelniku, do tekstu Agaty Kwiecińskiej w {slow} – uciekając (to chyba właściwe słowo) w niezmierzone pejzaże Alaski, jednak z umiarkowanym skutkiem. Po pierwsze, przyznał, że generalnie to już nie to samo, po drugie, swojej karkołomnej próby po prostu nie przeżył. Wyjść spod klosza społecznych oddziaływań nie sposób, nawet ci, którzy zrządzeniem losu trafiają na bezludne wyspy funkcjonują w zgodzie z pewnymi zasadami. Pozostaje jednak pytanie, na ile zdajemy sobie w ogóle sprawę z ich wpływu. Mając na uwadze choćby badania Nicholasa Christakisa, eksperta od sieci społecznych, można wysnuć wniosek, że warto być takich oddziaływań świadomym, a przynajmniej zakładać je na każdym kroku.

Jak się zarazić oponką

Ale o tym za chwilę. Parę lat temu zacząłem biegać. Było to na tyle dawno, by powiedzieć: biegałem jeszcze zanim było to modne. Niedługo potem zaroiło się od biegaczy. Oczywiście nie uważam, by to od mojej decyzji rozpoczęła się epidemia biegania, ale w myśl tego, o czym mówi Christakis, bardzo prawdopodobne, że zaraziłem tym bakcylem kilka zupełnie nieznanych mi osób, z którymi nie zamieniłem w życiu słowa, ba, których nie widziałem na oczy. Okazuje się bowiem, że wystarczy, by znajomy naszego znajomego biegał, a prawdopodobieństwo, że sami „podłapiemy” nowe hobby wzrasta. Christakis w swoich badaniach przeprowadzał obserwacje realnych sieci społecznych, tworzył również stosowne symulacje. W oby przypadkach okazywało się, że sieć wpływu daje o sobie znać również w przypadku znajomych trzeciego stopnia. Udowodniono, że prawdopodobieństwo zarażenia się nieznacznie, ale jednak, rośnie. Nagle, w regionie zupełnie nieczułym na określone trendy czy tendencje, startowało nowe ognisko. I nie miało to charakteru losowego. Podobne zmiany udawało się przewidzieć.

Podobnie jest w przypadku poziomu życia, mód a nawet tycia. Twój znajomy ma znajomego z brzuchem? Niestety, sam również jesteś już w grupie ryzyka. Cukrzyca? Nadciśnienie? Tu podobnie. Brzmi absurdalnie, ale to szczera prawda. Podobnie zresztą jest w przypadku stylu życia. Jeśli otaczasz się singlami a jesteś w związku, wzrasta prawdopodobieństwo rozpadu więzi. Twoi znajomi nieźle zarabiają? Ciesz się – twoje szanse również rosną. Statystyka nie kłamie. Trudniej o piękniejszy przykład bycia istotą społeczną: ludzie upodabniają się do siebie i wpływają nawzajem nawet nie znając się bezpośrednio.

Depresja społecznie sprzężona

Co więcej, okazuje się, że na analogicznych zasadach funkcjonują ludzkie nastroje. Poprzez naszą sieć możemy skutecznie modyfikować poziom naszego optymizmu bądź pesymizmu. Innymi słowy, epidemia szczęścia jest możliwa. Socjologowie badali i takie aspekty i okazywało się, że do pomyślenia jest tworzenie najprawdziwszych map, na których uwidaczniają się kontynenty i archipelagi depresji i entuzjazmu. Wyspy szczęśliwe i depresyjne zagłębia faktycznie istnieją.

Myśląc o tym swoistym determinizmie wspominam jedne ze swoich pierwszych badań w terenie, gdy jako jeszcze student prowadziłem wywiady pogłębione z matkami żyjącymi we wsiach popegeerowskich. Atmosfera wokół całego projektu była… dość powiedzieć, że przygnębiająca. Szarzyzna zapomnianych miejsc a pośród niej przygnieceni rzeczywistością ludzie ze swoimi historiami. Mając w pamięci słynny dokument „Arizona” można by wysnuć wniosek, że to miejsce determinuje sposób funkcjonowania. Jednak w myśl analiz sieciowych największe znaczenie mają tutaj postawy innych ludzi, a stąd już niedaleko do sprzężenia zwrotnego, błędnego koła, którego obrotów nie sposób zatrzymać. Z tego też powodu wyrwanie się z sieci wpływów bardzo często skazane jest na porażkę – brak punktów odniesienia, brak wizji, brak nowych horyzontów, brak możliwości.

Poza strefą umiarkowaną

Między innymi dlatego sieci, choć często potrzebne, niezbędne wręcz do życia, mogą okazać się niebezpieczną pułapką. Z jednej strony mogą oferować przyjemną strefę komfortu. W takich przypadkach na ogół jesteśmy otoczeni ludźmi, którzy dobrze nas znają, lubią, wiedzą, jakie są nasze silne strony, często również za coś podziwiają. To sieci znajomych, to grupy sąsiedzkie, to pracownicze komuny złożone ze specjalistów zbliżonego szczebla. Wielu z nas w ciągu życia doczekuje się jakiegoś umiarkowanego prestiżu, umiarkowanego poczucia bezpieczeństwa, nasze życie staje się umiarkowanie przewidywalne, jak w „American beauty”. Otóż to – wszystko to jest tylko i aż „umiarkowane”. Stałe potwierdzanie swoich kompetencji, brak konieczności konfrontacji z nowym – skutecznie rozleniwia, przyzwyczaja, zniechęca do jakichkolwiek zmian i poszukiwań. Skoro wszyscy wiemy, jak jest i jak będzie, jakoś tak mniej się już chce cokolwiek zmienić. Sieci wsparcia zamieniają się tym samym w rozległe niziny stagnacji, w których niewiele, albo i nic się nie zmienia całymi latami. Chyba nie o to chodzi. Jeśli chcesz poczuć, że żyjesz – utrudnij sobie życie, wyjdź ze strefy komfortu. Poszerz swoją sieć o tych, z których poglądami nie od razu się zgadzasz, bo to właśnie od nich, a nie od pochlebców, możesz nauczyć się czegoś nowego.

Z drugiej strony, współczesne sieci znajomych potrafią być nawet bardzo rozległe, jednak z uwagi na swoją naturę nie gwarantują nam wystarczającej uwagi ze strony innych. Przy obecnych możliwościach ze strony technik komunikowania, liczba dzisiejszych relacji idzie w setki a pozostałych powiązań z „ogniwami” drugiego czy trzeciego stopnia – w dziesiątki tysięcy. W tak zaaranżowanych sieciach zależności niezmiernie trudno „wybić się na niezależność”, podobnie trudno jest zawalczyć o uwagę, która dla naszego psychicznego dobrostanu jest elementem bardzo ważnym. Tym sposobem grupa społeczna zamienia się w milczący tłum indywiduów, skupionych na autopromocji.

Pożytki marudzenia?

W zbliżony sposób wypowiadała się w jednym z ostatnich wywiadów psycholog Ewa Woydyłło, twierdząc, że marudzenie może być wygodną strategią, jednak niewiele ono zmienia. W najbliższej sieci znajomych malkontenctwo zapewnia nam chwilowe zwrócenie na siebie uwagi. Wszak krytyka czegokolwiek ma to do siebie, że skutecznie, choć nie na długo, koncentruje uwagę otoczenia. Usieciowiona epidemia malkontenctwa jest jednak skutkiem, a nie przyczyną poczucia osamotnienia. Według Woydyłło jest to jedynie świadectwo braku życzliwości w grupie znajomych i bliskich. Narzekanie z kolei wyzwala w innych potrzebę współczucia – i jest to forma zainteresowania, którego, choć w minimalnych ilościach, niektórym potrzeba.

Remedium na malkontenctwo może być choćby… częstsze poznawanie nieznajomych. Zauważmy, że w stosunku do nieznajomych często potrafimy być znacznie bardziej serdeczni niż w stosunku do bliskich, tych, z którymi żyjemy na co dzień. Względem nieznajomych potrafimy być bardziej stonowani, powściągliwi, dyplomatyczni, potrafimy ich częściej komplementować, serdeczniej dziękować. Chcesz poprawić sobie samopoczucie? Postaw wszystkim przy barze piwo. Nagle okaże się, że świat wcale nie jest tak wrogi i zawistny, jak mogło się wydawać jeszcze przed chwilą.

Przyroda to nie wszystko

Każdy z nas słyszał historie o tych, którzy zdecydowali się na radykalną zmianę funkcjonowania. Odcinają się od korporacyjnych łańcuchów, kupują kawałek ziemi gdzieś daleko, pod lasem, w niewielkiej wsi i przenoszą się, niemal z dnia na dzień. Ich życie, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przynajmniej w ich deklaracjach, zmienia się diametralnie. Ale czy zależy to tylko od zmiany fizycznego otoczenia? Psychologowie zgodnie odpowiedzieliby: nie tylko. Otoczenie i przyjemny widok za oknem są jedynie pewnym dodatkiem, do którego, bez stosownej społecznej otoczki bardzo szybko się przyzwyczajamy, i na który po upływie krótkiego czasu nieszczególnie zwracamy uwagę.

To, co takich zapaleńców wyjątkowo skutecznie napędza to inni ludzie. Ale przecież nie trzeba od razu rzucać się na przeprowadzkę w nieznane. Tym bardziej, że kluczem do dobrego samopoczucia jest właściwe „zarządzanie siecią znajomości”. Można choćby inspirować się doświadczeniami szkoleniowców. Ludzie pracujący w branży szkoleniowej często mają bardzo pozytywne nastawienie. Ta kultura szerokiego uśmiechu wcale nie musi być pokłosiem marketingowej strategii. To rezultat błędnego koła – tym razem pozytywnego. Częsta zmiana miejsca i kontakt z nowymi osobami, poznawanie nowych klientów, częsta możliwość prowadzenia pogłębionej rozmowy sprawiają, że mają oni okazję przeżywać swój zawód z dużym zaangażowaniem i radością. Sieć społeczna stymulowana rzeczywistym kontaktem to najwyraźniej to, czego nam bardzo potrzeba.

Netowe memento

Tego rezultatu nie uda się jednak osiągnąć równie łatwo przy użyciu sieci wirtualnych. Natura łowcy i zbieracza upomina się o swoje prawa – jesteśmy zaprogramowani do rzeczywistych, chciałoby się rzec, namacalnych form kontaktu. To doprawdy zdumiewające, jak bardzo nie radzimy sobie ze społecznymi sieciami zanurzonymi w wirtualnej rzeczywistości oraz z jaką łatwością internetowa anonimowość wyzwala w nas najgorsze instynkty. Raptem okazuje się, że wrażenie nienamierzalności potrafi zaowocować u wielu internautów gotowością do cyberbullingu czy flamingu – zjawisk, które co słabsze i wrażliwsze indywidua potrafią wyeliminować… fizycznie. Dosłownie.

Internetowy hejt jest najlepszym przykładem, że społeczne sieci potrafią zabijać, choć sprawcę nie sposób przecież namierzyć w sposób bezpośredni. Wystarczy jednak wrażenie, że ofiara hejtu jest gdzieś daleko, że nie widzimy jej bezpośrednio, że jej emocji nie możemy odczuć natychmiast – i nagle zadawanie elektronicznych razów staje się dużo, dużo łatwiejsze.

Tytułem puenty. Szukanie złotego środka to zwykle dość pospolita wytarta wskazówka. Ten i wcześniejsze przykłady niech wystarczą nam jednak, by w chwilach, w których podejmujemy konkretne decyzje (lub gdy tego nie robimy) zadać sobie pytanie: czy to ja myślę? Czy może moja sieć myśli za mnie?
Powodzenia.

Epidemia szczęścia, zagłębie depresji

Reklama B3

Przekaż darowiznę naszej Fundacji

Wszystkie artykuły dostępne są bezpłatnie.
Abyśmy mogli rozwijać tą stronę, potrzebujemy Twojego wsparcia.