dziecko

Spuść swoje dziecko ze smyczy

Pełny luz, jawna lub ukryta kontrola, tłumaczenie, karcenie, narzucenie arbitralnego autorytetu wynikające z poczucia odpowiedzialności czy wejście w kumpelski układ? Jeśli złoty środek w wychowaniu nie jest mitem, to gdzie go szukać i jak zastosować?

Tekst: Aleksandra Nizioł
Zdjęcia z archiwum: www.audiovis.nac.gov.pl

W świecie małego dziecka, którego umysł nie odnotował jeszcze, że włożenie wsuwki do kontaktu może mieć znamiennie konsekwencje dla życia lub zdrowia, zakaz dostępu do wymienionych dóbr jest ograniczeniem jego wolności i potrzeby odkrywania świata. Bywa, że konsekwencją takiego ograniczania jest tupanie, płacz i histeria – wszelkie sposoby dozwolone, w końcu dzieje się krzywda! Dziecko nie przyjmuje z entuzjazmem narzucanej dyscypliny. Często taki konflikt interesów wywołuje frustrację i kończy się agresją. Doskonale wiedzą o tym zarówno wychowawcy domowi oraz przedszkolni, jak i single z alergią na dzieci, którzy robiąc zakupy w hipermarketach, mogą być świadkami takowych scen.

Wiele tęgich głów psychologiczno-pedagogicznych opisało przemyślane i przetestowane przez siebie sposoby na unikanie podobnych sytuacji. Pojawiały się koncepcje bardziej i mniej radykalne – od przekazania pełnej kontroli rodzicom (samostanowienia przez nich autorytetu, wyznaczania granic, wszczepiania pojęć dobra i zła, wprowadzania kar cielesnych i bezwzględnego posłuszeństwa) aż po całkowite oddanie władzy dziecku. Wszystkie radykalizmy zwykle kończą się fatalnie, zakładając jednowymiarowość i całkowitą przewidywalność młodego człowieka. Często dochodzi do tego przekonanie wychowawcy o słuszności swoich decyzji, które wynikają z dobrych intencji.

Odrzucając skrajności, spróbujmy zastanowić się nad jeszcze innym rozwiązaniem. Mamy dziś pełną gamę koncepcji, autorytetów – jest w czym wybierać. Jak mógłby zatem wyglądać złoty środek w wychowaniu?

Wiadomość od małego Krzysia

W znalezieniu panaceum na wychowawcze bolączki pomoże krótkie ćwiczenie. Należy usiąść wygodnie, zamknąć oczy, wziąć kilka głębokich oddechów i w wyobrazić sobie obraz pod tytułem „Moje cudowne życie”. Następnie odpowiedzieć na pytania: kim jestem na obrazie?; jaką rolę pełnię w społeczeństwie?; jak ono wygląda?; gdzie się znajduję? – Śmieszne? O to w tym wszystkim chodzi. O dystans do siebie, o spuszczenie ze smyczy najpierw dziecka, które drzemie gdzieś głęboko w nas. Będzie to próba nawiązania głębszego kontaktu ze sobą i swoimi pragnieniami, które być może zostały przycięte na miarę służbowego stroju w pracy. Dzięki temu można sobie nagle uświadomić, że zawsze chcieliśmy śpiewać, marzyliśmy o lataniu samolotem. Kto wie, jakiego SMS-a przyśle nam nasz wewnętrzny maluch.

Za rękę przez świat

W pierwszych latach życia dziecka przewodnikiem, który wskazuje mu drogę, jednocześnie wyznaczając granice, jest rodzic. To na nim ciąży obowiązek pokazania maluchowi nie tylko samych pięknych elementów otaczającego świata, lecz także tych niebezpiecznych, zakazanych, które dla dziecka wydają się nad wyraz atrakcyjne. Dzięki pomocy mamy czy taty malec dowiaduje się, dlaczego nie warto zbliżać się do ostrych czy gorących przedmiotów, a przy okazji dostaje obietnicę odkrycia pewnych rzeczy w przyszłości, gdy osiągnie pełnoletniość.

Ciekawość rozpiera, gotowość już jest, ale pojawia się też informacja, że na pewne rzeczy trzeba czekać. Dla rodziców stąd już tylko krok do kształtowania w dziecku inteligencji emocjonalnej, na którą później złożą się (jak pisze Daniel Goleman, psycholog i twórca samej koncepcji) samoświadomość, samoregulacja, umiejętność motywowania siebie i podtrzymywania motywacji, empatia oraz zdolność do odraczania gratyfikacji. Dochodzi do tego rozwój sensoryczny i świadomość istnienia granic, najpierw wyznaczanych przez rodziców, a później społeczeństwo.

Wychowując, jako rodzice dajemy przykład na wielu płaszczyznach: emocjonalnej i społecznej, na płaszczyźnie dojrzałości, etyki codziennego życia, wartości i przekonań na temat otaczającego nas świata, duchowości i otwartości na miłość, współczucia i pomocy innym. Dzieci czerpią informacje nie z tego, co do nich mówimy, co im tłumaczymy i do czego namawiamy lub czego zabraniamy. Dzieci wchłaniają nasze postępowanie i reakcje wszystkimi zmysłami. Kopiują nasze ruchy – sposób mówienia, myślenia, działania. Cały ten bagaż rozpakują później w dorosłym życiu

– mówi Anna Przybysz, psycholog i ekspert od terapii głosem.

Autorytet z show-biznesu

Najtrudniejszym czasem zarówno dla dziecka, jak i jego rodziców jest etap gimnazjalno-licealny. Młody człowiek radykalnie weryfikuje wówczas przekazaną wiedzę. Rodzic może przyjąć, że najskuteczniejszą metodą wychowywania dziecka będą kary fizyczne lub np. pełna kontrola jego czasu. Nic jednak na tym etapie nie wychowuje tak skutecznie, jak wzorzec. A umysł młodego człowieka jest krytyczny, bezwzględny. Gimnazjalista (później licealista) jest chodzącym wariografem – jeśli mowa dorosłego nie jest prosta i przejrzysta, jeśli nie stoi za nią osobisty przykład rodzica (w tym także gotowość do przyznawania się do własnych błędów i ograniczeń), wróży to koniec kredytu zaufania.

Warto zwrócić uwagę na prozę życia, którą pokazujemy naszym dzieciom. Oczekujemy od nich odwagi, zdolności, przebojowości, sukcesów, a sami własną postawą częściej uczymy smutku, pracy, która nie jest radością i nie przynosi zadowolenia, tylko ból, napięcie, stres i choroby. Mówimy o zmęczeniu, braku wolnego czasu, straszymy niedoborem pieniędzy i szczęścia. Po co więc żyć, zakładać rodziny, rodzić dzieci?!

– stwierdza Anna Przybysz.

Najistotniejszą kwestią jest autentyczność. Może dlatego postacie z show-biznesu (często sztucznie wykreowane) fascynują młodych ludzi. To one pozwalają sobie na otwarte wyrażanie buntu, gniewu i krytyki wobec świata, w którym przyszło im żyć. To uczucia nastolatka, który – podobnie jak w dzieciństwie krzykiem – potrzebuje wymusić granice, ale nie chce słuchać tylko opowieści o nich. I tu spuszczenie siebie ze smyczy bywa zbawienne. Czy oznacza tym samym wskoczenie w glany, założenie kolczatki na przegub i zamalowanie oczu na czarno lub słuchanie muzyki z tekstami w stylu „Nie ma stolca, mam pie..olca”? Nie. To druga – obok pełnej kontroli – skrajność. Wystarczy refleksja na własny temat i przypomnienie sobie, jakie sami mieliśmy oczekiwania wobec rodziców.

A co ze złotym środkiem wychowania dziecka na tym etapie życia? Choć to sprawa trudna do przyjęcia dla rodzica, który stara się ochronić je przed światem skażonym złem, trzeba przyjąć do wiadomości, że nastolatek zawsze znajdzie sposób, by spróbować czegoś zakazanego. Nastoletni wiek to czas, kiedy powoli, ale radykalnie panem smyczy stają się ci, których ona oplata. Jeśli nie rodzic (rozsądnie i odpowiedzialnie), to sam nastolatek (gwałtownie i wywrotowo) odepnie siebie od smyczy.

Podobieństwo w oddaleniu

Podobnie rzecz ma się w pierwszych latach studiów. Nowe miasto, nowe znajomości. Z otwartymi ramionami czeka świat, który – teoretycznie – nie ma granic. Rodzicielska kontrola jest realna tylko w zakresie finansów. Rodzice płacą, więc wciąż mają władzę.

Czas studiów to dla rodzica etap syndromu pustego gniazda, trudny czas godzenia się z faktem, że ubyło rzeczy do prania i trochę tęskni się za kłótniami o późne powroty do domu. Może to być najważniejszy czas w wychowaniu – troska o własny rozwój. Może powrót do działań, o których zawsze się marzyło, ale w natłoku obowiązków domowo-rodzinnych zostały zepchnięte na dalszy plan. Może zamiast telefonów z pytaniami, „czy masz co jeść? ” i „czy się ciepło ubierasz?”, warto zapisać się na basen, zacząć uczyć języka albo zaadaptować opuszczony pokój na miejsce spotkań kobiecego kręgu/męskiej pracowni.

Studiujące maleństwo, jeśli nie próbuje w tym czasie zakazanych dotąd owoców, na pewno się rozwija. Dlaczego rodzice mają stać w miejscu? Nic tak nie inspiruje młodego człowieka, który wraca do rodzinnego domu, jak przemieniona mama z nową fryzurą, odświeżoną garderobą, smukłą sylwetką, zajmująca się ciekawymi rzeczami, o których może poopowiadać. I jak tata, który od innych panów w jego wieku różni się między innymi tym, że nie wygląda, jakby połknął piłkę plażową, ale dokopał się do swojej pasji, która dziś motywuje go do planowania przyszłości.

Kto z nami, kto przeciw nam

Wśród wielu różnorodnych sposobów wychowania są dwa skrajne: pełna kontrola (a nawet wpisane w ten model karanie cielesne) oraz metoda bezstresowa, która zakłada, że dziecko samo wie, co jest dla niego najlepsze. Dzieci bite i poddawane przemocy uczą się najczęściej agresji i tyranii. Rzadko system wychowawczy pełen presji i braku zaufania owocuje dyscypliną i opanowaniem, odpowiedzialnością za swoje działania. Osoby, którym nie wytyczono granic, mogą być bardziej spontaniczne w działaniu, bezpretensjonalne, ale też swoją nieposkromioną ekspresją zaburzać funkcjonowanie otoczenia, nie respektować osób, które się wokół nich znajdują.

Utrzymując się najbliżej środka, mamy postawę motywowania i stymulowania dziecka do słuchania, samodzielności, współpracy, poznawania otoczenia przy jednoczesnym – opiekuńczym, ale uwzględniającym zaufanie – towarzyszeniu rodziców. W drodze dorastania rozwijać się ona będzie w kierunku nie tylko partnerskich relacji, lecz także wyboru właściwego dla siebie mentora, uznania wartości i autorytetów. Ten model, jak wszelkie teorie, ma również swoje słabsze strony – wymaga kreatywności i inicjatywy ze strony rodziców, określenia najpierw przez nich samych tego, co jest ważne, kim sami chcą być i kogo wychować. Rozwój dziecka często idzie w parze z rozwojem rodzica.

Najtrudniej jest pohamować chęć przejęcia całkowitej kontroli nad potomstwem. Nie zawsze wypływa ona ze złej motywacji. Bywa, że jest to głównie próba ochrony kochanej osoby przed cierpieniem. Tylko czy da się przed nim kogokolwiek ustrzec? Co innego nauczyć się współcierpieć. Rozwój przebiega zarówno poprzez spuszczanie siebie i dziecka ze smyczy, jak i nabieranie dystansu do siebie. Nastolatkom, a potem dorosłym, można wiele tłumaczyć, wygłaszać mowy i moralizować. Można też uznać, że warto bić i karać, nakazywać i zakazywać, ale kluczem do wychowania jest przykład, bo uczymy się przez wzorce. Dystans, spójność i racjonalne wyznaczanie granic mogą być ożywcze na każdym etapie wychowania. A w dorosłości stać się inspirującymi drogowskazami na ścieżce wymagania od siebie.

Spuść swoje dziecko ze smyczy

Reklama B3