tenis
Reklama B1

Zmieniaj świat wspólnie z nami

Dobre dziennikarstwo, wartościowe treści, rzetelne i sprawdzone informacje.
Tworzymy przestrzeń ludzi świadomych.

Wszystkie artykuły dostępne są bezpłatnie.
Abyśmy mogli rozwijać tą stronę, potrzebujemy Twojego wsparcia.

Tenis – legendy po przeciwnych stronach kanału La Manche

Roland Garros i Wimbledon to legendarne miejsca światowego sportu, dwa najwspanialsze turnieje tenisowe w roku. Czym się różnią? Jak wytłumaczyć fakt, że od końca maja do początku lipca tenis jest częstym tematem rozmów nawet wśród tych, którzy na co dzień nie interesują się sportem? Jak oglądać wielkie tenisowe gale w Paryżu i Londynie? Co warto wiedzieć, żeby widzieć i rozumieć więcej, niż tylko to, co pokazują telewizyjne kamery?

Tekst: Maciej Saskowski
Zdjęcia: Paweł Bajew

Powiada się, i słusznie, że tenis na trawie i nawierzchni ziemnej – to właściwie dwie zupełnie odmienne dyscypliny sportu. Dotyczy to nie tylko warunków stawianych tenisistom i tenisistkom, ale również charakteru, atmosfery, oprawy obu imprez, jak i ich tradycji.

Roland Garros, znany również jako French Open, to wielkie wydarzenie towarzyskie. Doskonała okazja, której nie można przegapić – to miejsce, gdzie się bywa, doskonale nadające się do spełnienia jednego z podstawowych warunków życia w eleganckim świecie:

Widzieć i być widzianym

Był czas, kiedy otwarte mistrzostwa Francji traktowano jak ubogiego krewnego Wimbledonu i US Open. Zdecydowana zmiana w percepcji turnieju nastąpiła w latach 80., a jej głównym architektem był ówczesny prezydent międzynarodowej i francuskiej federacji tenisowej, Philippe Chatrier. Dzięki niezwykłej determinacji i ambicji (złośliwi mówią megalomanii) potrafił zdobyć gigantyczne środki finansowe, zarówno rządowe, jak i prywatne, doprowadzając do tego, że pod wieloma względami Roland Garros jest obecnie najlepiej zorganizowanym wydarzeniem sportowym na świecie.

Zdumiewająca jest przy tym szybkość, z jaką instaluje się cały system konieczny do przeprowadzenia tak wielkiej imprezy. Jeszcze dwa dni przed rozpoczęciem współzawodnictwa korty wyglądają tak, jakby wielkoszlemowy turniej miał się odbyć gdzieś indziej. Trybuny, owszem, są, ale wokół nich dosłownie nic nie jest jeszcze gotowe. W ciągu jednego dnia i jednej nocy następuje cudowna metamorfoza. Działa wszystko: bary, restauracje, bank, poczta, sklepy, stanowiska dla dziennikarzy. Przez następne dwa tygodnie odbywa się pasjonująca rywalizacja kobiet i mężczyzn na ceglanej mączce. Tak jak wszystko gwałtownie się zaczyna, tak szybko też się kończy. W ciągu poniedziałkowego śniadania, jakim po zakończeniu turnieju podejmuje dziennikarzy prezes Francuskiej Federacji Tenisowej, szybko i sprawnie wielkie ciężarówki wypełniają się sprzętem używanym przy obsłudze wielkoszlemowego turnieju. Przed zmierzchem coś, co przez dwa tygodnie było wielkim tenisowym miasteczkiem, rozpływa się w powietrzu.

Warto jednak spędzić te czternaście dni na paryskich kortach, Roland Garros bowiem jest z pewnością najbardziej zadbanym turniejem tenisowym na świecie, pełnym uroku, atrakcji i kolorytu. Zewsząd uśmiechy, uprzejmości, ukłony. Nie ma właściwie dnia bez jakiegoś koktajlu, poczęstunku czy spotkania ze sponsorami. W całej tej imprezie najważniejsza jest sobota pierwszego tygodnia rozgrywek. Wtedy właśnie odbywa się Dzień Beaujolais, podczas którego w restauracjach dla dziennikarzy degustuje się rozmaite gatunki wina z ostatnich zbiorów. Uczestniczą w tym przedstawiciele kilku najsłynniejszych paryskich bistro, serwując smaczne przekąski. Brzmi to niewinnie, ale wśród rozmaitych rodzajów wędlin, omletów, pasztetów i serów, cała rzecz przemienia się w gigantyczne obżarstwo. Trudno nie celebrować tak smacznej i wyjątkowej chwili. Młode Beaujolais smakuje wspaniale i tego wieczoru sprawozdania korespondentów z całego świata są znacznie zabawniejsze niż zazwyczaj. Mówiąc krótko – organizatorzy Roland Garros doceniają rolę mediów i wiedzą, jak o nie zadbać.

Wimbledon, także pod tym względem, jest inny. Anglicy są świadomi, że mają najbardziej prestiżowy turniej tenisowy na świecie i to o ich przychylność trzeba zabiegać, a nie odwrotnie. Świadczy o tym również sama nazwa imprezy. Warto zwrócić uwagę, że pozostałe wielkoszlemowe próby pozostają w istocie międzynarodowymi mistrzostwami krajów, w których się odbywają: Australian Open, French Open czy US Open. W taki sposób jest to przedstawiane na wszystkich plakatach, folderach i programach. Wimbledon zaś ma w nazwie tylko jedno słowo: The Championships. Mistrzostwa.

Wimbledońska świątynia tenisa

Jest nie tylko wielką imprezą sportową, najstarszym i najbardziej prestiżowym turniejem tenisowym na świecie. Stanowi także rytuał będący częścią angielskiej tradycji, podobnie jak herbata o piątej po południu, whisky i rodzina królewska. Turniej, rozgrywany zawsze ostatniego tygodnia czerwca i pierwszego tygodnia lipca, jest największą atrakcją tradycyjnego letniego festiwalu sportowego w Anglii, w skład którego wchodzą również królewskie wyścigi konne w Ascot, seria test-meczów w krykieta oraz słynne regaty wioślarskie na torze w Henley.

Nie wszyscy londyńczycy są zachwycenie tenisowym szaleństwem. Wielu dostrzega w tych imprezach nie rywalizację sportową, lecz przede wszystkim gigantyczny festiwal snobizmu dla bogaczy. Niektórzy złośliwie twierdzą, że Wimbledon wymyślono jedynie po to, żeby sprzedawać najdroższe na świecie truskawki z kremem. Niemniej popyt na nie jest ogromny. Rocznie, do przyrządzania tradycyjnie serwowanego widzom deseru, zużywa się 28 ton truskawek i 7 tysięcy litrów śmietany.

Wimbledon jest imprezą tak ważną pod względem sportowym i kulturowym, że u wielu ludzi utrwaliło się przekonanie, iż Anglicy są narodem tenisistów. Nic bardziej błędnego. W Anglii grywa się na kortach stosunkowo niewiele. Całe zainteresowanie i entuzjazm dla tej dyscypliny sportu koncentruje się na Wimbledonie i serii turniejów na trawie bezpośrednio go poprzedzających, z których najbardziej znany to tradycyjny turniej w Queen’s Club. Organizatorami wielkoszlemowej imprezy są All England Club i British Lawn Tennis Association. Podczas gdy większość zawodowych rozgrywek tenisowych wręcz wymienia sponsora w swojej nazwie, Wimbledon pozostaje pod tym względem niewzruszony, również dlatego, że nie ma istotnej potrzeby, aby takie zmiany wprowadzać. Jest po prostu nie do kupienia.

Każda jego odsłona przynosi ogromny dochód, głównie ze sprzedaży praw telewizyjnych (największe przedsięwzięcie BBC w roku), ale także z biletów, procentów od stałych dostawców towarów i rozmaitych przedsięwzięć marketingowych. Sukces jest zapewniony, zanim jeszcze na trawie odbije się pierwsza piłka. Czysty dochód każdego roku liczy się w milionach funtów i byłby znacznie większy, gdyby nie bardzo rygorystyczne ograniczenia liczby widzów. Całkowita pojemność obiektów klubu wynosi około 31 tysięcy osób, ale od 1987 roku, ze względów bezpieczeństwa, wrota wejściowe zamykane są już wówczas, kiedy na jego terenie znajduje się 28 tysięcy widzów. Zapotrzebowanie na bilety dziesięciokrotnie przewyższa możliwości gospodarzy klubu. Niezależnie od kosztów bieżących All England Club wydaje ogromne sumy na nagrody dla tenisistów i nie ulega wątpliwości, że sponsor lub grupa sponsorów uczyniłaby z tego turnieju prawdziwą kopalnię złota.

Ale Wimbledon ma w sobie coś z mitu i za żadne pieniądze nie chce tego utracić. Pasjonaci dyscypliny przybywają obejrzeć wielkie postaci światowego tenisa w legendarnym miejscu o pięknej i niezwykłej tradycji. Tutaj nie blichtr i bywanie jest istotne, lecz chłonięcie legendy trawiastych kortów i podziwianie sportowców, którzy walczą, aby nie tylko w te legendę się wpisać, ale również się nią stać. Nigdzie indziej na świecie tenisiści nie są zobowiązani występować w białych strojach, a w odniesieniu do zawodniczek zawsze używana jest na korcie formy panna (Miss) lub pani (Mrs.). Mężczyźni zaś nie dostępują zaszczytu grzecznościowej etykiety i przy odczytywaniu wyniku pada samo nazwisko zawodnika. Oto dlaczego sponsor, tak niezbędny prawie wszędzie, w Wimbledonie nie jest ani potrzebny, ani pożądany. Gospodarze wiedzą, że połączenie się z kimkolwiek odebrałoby turniejowi część kultowego, magicznego wręcz charakteru. Partnerzy z kolei są świadomi, że pozostawaliby zawsze w cieniu wielkiego słowa – Wimbledon. Słusznie więc żartuje się, że możliwość sponsorowania londyńskiej odsłony Wielkiego Szlema jest niewiele większa, niż możliwość sponsorowania Koronacji Królewskiej.

Między mączką a trawą

Czas jednak pomówić o tenisie, najważniejsze bowiem rzeczy dzieją się oczywiście na korcie. Wimbledon jest bez wątpienia jednym z najbardziej wyczerpujących turniejów tenisowych na świecie. Pamiętajmy – korty trawiaste, po 128 zawodników i zawodniczek, a wszystkie mecze już od pierwszej rundy rozgrywane są do trzech (w przypadku kobiet – dwóch) wygranych setów. O ile odbywający się miesiąc wcześniej na kortach ziemnych French Open wymaga żelaznej kondycji, odporności, wytrzymałości, a do zwycięstwa potrzebna jest cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość, o tyle podczas Wimbledonu najważniejsze są: refleks, szybkość i umiejętność koncentracji w kluczowych momentach. Ion Tiriac, znany ekspert tenisowy, powiada, że

na kortach ziemnych czas płynie wolniej, na trawiastych zaś – szybciej niż w istocie.

Przenośnia Tiriaca jest trafna. Pomimo że nawierzchnia na kortach Rolanda Garrosa jest, jak na ceglaną mączkę, twarda, mimo że francuski oddział Dunlopa produkuje specjalnie na ten turniej wyjątkowo szybkie piłki – głównym motywem gry są wymiany z głębi kortu, które niekiedy przedłużają się w nieskończoność i bywają nużące. Zwycięzcą wielokrotnie zostaje nie największy artysta tenisa, ale człowiek bardziej wytrzymały na zmęczenie i ból.

W Wimbledonie wszystko się zmienia. Nawierzchnię 19 kortów, na których rozgrywany jest turniej, stanowi trawa – życica. To ona sprawia, że piłka odskakuje od trawiastego dywanu szybko i płasko, a akcje tenisistów przypominają starcia szermierzy – są błyskawiczne, niekiedy wręcz trudno dostrzegalne. Serwis, return i wolej – to podstawowe uderzenia podczas gry na trawie. Oto też przyczyna, z powodu której Wimbledonu nigdy nie wygrali tak wspaniali tenisiści, jak Mats Wilander czy Ivan Lendl.

Szczególnie heroiczne wysiłki podejmował ten drugi, zwany Ivanem Groźnym, który z całą pewnością należał do grona najmocniejszych i najsolidniejszych graczy ostatnich dziesięcioleci. W końcowych latach kariery nie ukrywał, że jego jedynym tenisowym marzeniem i celem, którego nie udało mu się osiągnąć, jest wygranie Wimbledonu. Podporządkował temu wszystko. W 1990 roku zdecydował się nie grać w Paryżu, gdzie najpewniej byłby zwyciężył. Całą zimę trenował na trawie w Australii. Przyjechał do Anglii na wiele tygodni przed turniejem, żeby jak najlepiej przygotować się do walki o zwycięstwo, bo tylko to się dla niego liczyło. Wszystko na nic. W półfinale przeciwko Stefanowi Edbergowi był właściwie bezradny. Sen Lendla o wygraniu Wimbledonu nie spełnił się już nigdy.

Na czym polegało przekleństwo czechosłowackiego tenisisty? Na czym polega tajemnica gry na trawie, której nie był w stanie przyswoić? Otóż elementem kluczowym i decydującym w Wimbledonie jest ciśnienie, presja, jakiej poddawani są zawodnicy i zawodniczki. Oczywiście presja psychiczna pojawia się w tenisowej walce wszędzie, na każdej nawierzchni, jednak w londyńskim turnieju chodzi o coś jeszcze innego, bardziej dosłownego, co wręcz wyczuwa się w powietrzu. Słowo: ciśnienie zazwyczaj kojarzy się z prognozą pogody, hydraulikiem albo lekarzem. Podczas gdy na kortach trawiastych oznacza ono nieustanny, dramatyczny brak czasu. Tu nie ma mowy o przygotowaniu uderzenia, wykonaniu pełnego zamachu, przyjęciu należytej pozycji podczas wymian. Tu trzeba rozpoczynać kolejny tenisowy gest, zanim jeszcze zakończył się poprzedni, a w wielu sytuacjach jednym z niezbędnych atutów pozostaje umiejętność improwizacji i antycypacji wydarzeń na polu walki. John McEnroe, przez wielu uznawany za najlepszego tenisistę w historii, jest przykładem modelowym i trudno zrozumieć, co to znaczy intuicja i improwizacja na korcie, jeśli nie widziało się go w akcji w czasie Wimbledonu.

Coraz doskonalsze metody treningowe i nowe generacje sprzętu sportowego sprawiają, że tenis staje się grą niezwykle dynamiczną, atletyczną i niemożliwie szybką. Wynikają z tego, również dla widzów, nie tylko atrakcje i korzyści. Niekiedy coś zupełnie przeciwnego. W Wimbledonie na przykład, z powodów krańcowo odmiennych niż w Paryżu, niektóre mecze także są nużące. Wszystko rozstrzyga się zbyt szybko. Gdy na trawie prawdziwi specjaliści grają serve-and-volley, bywa, że nie bardzo jest na co patrzeć. Blisko dwumetrowi atleci wzbudzają podziw, ale i przerażenie. Demonstrują tenis z innej planety i widzom, którzy w większości również uprawiają tę dyscyplinę, trudno się z nimi utożsamiać. Stąd w ostatnich latach na Wimbledonie dużym zainteresowaniem cieszyły się mecze pań, czemu trudno się dziwić, pamiętając bajeczną grę na trawie w wykonaniu m.in. Navratilowej, Seles czy sióstr Williams. Jest jeszcze jedno słowo, bez znajomości którego nie ma się wstępu na wimbledońskie korty: weather – czyli pogoda. O niej w Londynie mówi się najczęściej. Sędzia naczelny oraz ogrodnicy turnieju nieustannie wpatrują się w niebo i z krótkofalówkami przy uchu słuchają komunikatów o pogodzie. Na trawie nie sposób grać przed jedenastą rano z powodu rosy, a po mocniejszych opadach, pomimo stawiania gigantycznych namiotów, korty trzeba suszyć specjalnymi wentylatorami. Służby meteorologiczne RAF są zresztą doprawdy nadzwyczajne i potrafią przewidzieć zmiany pogody z dokładnością do kwadransa.

Właściwie pogoda jest jedynym czynnikiem, o który możemy martwić się, czy dopisze. W przypadku tenisowej legendy po angielskiej stronie kanału La Manche o resztę możemy być spokojni – i to na długie dziesięciolecia.

Tenis – legendy po przeciwnych stronach kanału La Manche

Reklama B3

Przekaż darowiznę naszej Fundacji

Wszystkie artykuły dostępne są bezpłatnie.
Abyśmy mogli rozwijać tą stronę, potrzebujemy Twojego wsparcia.