Affluenza

Affluenza

Obserwując różne ekstrawagancje, które są udziałem ludzi, czasem ktoś bąknie takie oto retoryczne pytanie: kto bogatemu zabroni? Bogactwo lubi się obnosić. Ale ten trend niekiedy się odwraca. Jakby na złość zgłaszanym intuicjom, w modzie zaczyna być brak. Albo inaczej: prestiżowy minimalizm.

Tekst: Tomasz Kozłowski
Ilustracja: Jr Casas (Fotolia.com)

Kiedyś na jednym z forów trafiłem na interesujący wpis, a istota wywodu była mniej więcej taka: Wiecie, czym różni się kierowca BMW od kierowcy Lamborghini (oczywiście w dużym uproszczeniu)? Pierwszy wystartuje z piskiem opon z każdych świateł i zacznie pruć na złamanie karku pod następne. Drugi – będzie łagodnie sunął. Pierwszy zrobi to na wypadek, gdyby postronni widzowie nie odnotowali, że w ich pobliżu pędzi auto z potworem pod maską. Drugi ma takie rozterki w głębokim poważaniu, bo po pierwsze, zauważy go każdy, a po drugie, gdyby ktoś wciąż wątpił, wystarczy, że miast depnąć gaz do dechy, on ledwie dotknie czubkiem palca pedału gazu i niedowiarka po prostu zdmuchnie. Pierwszy naobwiesza się złotem na okoliczność wystawnego krążenia po dzielni, drugi ubierze się jak chce, bo wrażenia ubiorem robić już nie musi. Pierwszy w prestiżowy rejs wąwozami blokowisk zabierze tylko bossów podwórkowej gangsterki, ewentualnie którąś z panienek aspirujących do miana nałożnic niniejszej elity, drugi zaś weźmie kogo chce, jeśli w ogóle ma taką potrzebę. I tu, i tu mamy do czynienia z reklamą, różnią je jedynie podmioty,
zainwestowane środki i forma przekazu.

Byle na pokaz

Jednym z nielicznych zjawisk współczesnej kultury, które tyleż mnie odpycha, co wzrusza, jest konsumpcja na pokaz. Odpycha mnie, i to na wielu płaszczyznach, od czysto moralnej do estetycznej, widok indywiduów pragnących za wszelką cenę podkreślić swój status, zwłaszcza mimo braku kapitału – i to też kapitału różnego rodzaju, od czysto ekonomicznego po kulturowy. Gdy widzę Lamborghini mknące po drodze osiedlowej wśród grupek bawiących się dzieci, wiem, że brak tylko tego drugiego. Gdy pruje podpimpowane za ostatnie zaskórniaki BMW – brakuje już obu. Wobec prób zwrócenia uwagi pierwszy wariant skutkuje lekceważeniem, a czasami pogardą. Konfrontacja w drugim przypadku może zagrażać zdrowiu i życiu.

Wzruszają mnie jednak – jak wspominałem – próby usilnego aspirowania, w końcu każdemu, nawet mimo ograniczonych środków, marzy się robić jakieś tam wrażenie na swojej grupie odniesienia, jaka by ona nie była. Zapożycza się więc taki ktoś, dokłada do biznesu chwilówek i wyżyłowany do cna lakieruje gdzieś po garażach fragmenty karoserii, dokręca zdobyte podzespoły i marzy o lansiarskim weekendzie w mlecznym świetle ulicznych lamp. Czy to nie rozczulające?

Między Pradą a Versace

Co ciekawe, przykład z samochodami w interesujący sposób znajduje odzwierciedlenie w świecie mody. Podobnie jak aspirujący chłopcy z blokowisk starają się zrobić wrażenie pojazdem z drugiej ręki, tak i przemysł odzieżowy stał się niezwykle czuły na gusta podobnej maści. Demokratyzacja mody – jak nazywają to socjologowie – poszła w miarę bogacenia się społeczeństwa dwoma torami. Pierwszy z nich to swoista dawna elita – dystyngowane, stonowane kolekcje, akcent postawiony na szczegół. Taka filozofia reprezentowana jest choćby przez Pradę. Po drugiej stronie wersja krzykliwa, niekiedy wręcz pstrokata, choćby w stylu Versace. Tak samo to drogie, ale zdecydowanie częściej niż Prada stanowiące odpowiedź na gusta zdradzające masowe inklinacje, mniej wyrobione. A te – podobnie jak kierowca bmw – chcą robić wrażenie gwałtownym naciśnięciem pedału gazu, a nie spokojnym sunięciem miejskimi arteriami.

Niniejsza dygresja ma na celu jedno – wskazać, że niemal każdy człowiek uwielbia żyć na pokaz, nawet jeśli nie zawsze ma wszystko, czego potrzeba, by faktycznie móc się dobrze pokazać. Estetyka nadmiaru jest wszystkiemu, co żywe, dość bliska. Umiaru – już niekoniecznie. Znane są gatunki ptaków, które wiele wysiłków – celem zwabienia samicy – wkładają w dekorowanie gniazda każdym świecidełkiem znalezionym w promieniu wielu kilometrów. Trudno jednak znaleźć osobniki, które, wbrew gustom przeciętnej samiczki, stawiają na wysmakowany umiar i dyskretny urok skromnego kąta.

Twarda wycena szpanu

Psychologowie ewolucyjni, tacy jak np. Geoffrey Miller, stwierdzają wprost: konsumpcja nie jest niczym innym, jak wymyślnym komunikatem kierowanym do otoczenia. Autor Teorii szpanu owo twierdzenie wyprowadza bezpośrednio z wartości reprodukcyjnej osobnika. Nasza konsumpcja, sposób gospodarowania dobrami, wydawania pieniędzy, informowania o decyzjach ekonomicznych są w dużym skrócie świadectwem wartości. Zdrowi, zaradni członkowie społeczeństwa jawią się tym samym jako świetni kandydaci do rozrodu. Ich potomstwo ma większe szanse na wypracowanie w przyszłości podobnie wysokiej pozycji. Czas, środki i – co najważniejsze – materiał biologiczny inwestowany w znajomość z kimś takim może przynieść zysk naszym genom. Skoro masz czas, odwagę i zdrowie, by kolekcjonować każdą błyskotkę – najprawdopodobniej nie jesteś słabeuszem.

Prawidła te obowiązywały od dawna, jeszcze zanim wymyślono pojęcie genu. Wystawny styl życia towarzyszy również zwierzętom, wystarczy wszak spojrzeć na pawi ogon. To ewidentny komunikat wysyłany w stronę otoczenia: właściciel tego okazałego upierzenia jest silny i zdrowy, a sam ogon piękny i kompletnie bezużyteczny. Co więcej, może stanowić dla niego zagrożenie. Innymi słowy – na taki ogon może pozwolić sobie nie byle kto.

Analogicznych przykładów wystawnego życia jest oczywiście znacznie więcej, ludzie po prostu kontynuują tę zadziwiającą tradycję. Wystarczy choćby wspomnieć rytuał potlacz². Wśród niektórych indiańskich plemion rozpowszechnione było symboliczne niszczenie swojego mienia. Osobliwa indiańska forma zastaw się, a postaw się. Nic tak nie podkreśla pozycji społecznej, jak gotowość do dewastowania swej własności, a szczególnie tej najbardziej drogocennej: a co, nie stać mnie?! Aż chce się znowu spytać: kto bogatemu zabroni? Bogaci – na co już dawno wskazali filozofowie i socjologowie – uwielbiają wystawnie trwonić środki i czas, nawet jeśli cel nie ma żadnego praktycznego zastosowania. Myślisz, czytelniku, że jesteś/będziesz w miarę nieźle wykształcony? Błąd! W standardach osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych, dopóki nie znasz łaciny i greki, znajdujesz się ledwie szczebel wyżej od motłochu. Dopiero znajomość martwych języków sytuuje cię na odpowiednim poziomie. Do tego czasu masz może i jakiś fach, ale prestiż z tego żaden. Niepraktyczność to drugie imię wystawnego nadmiaru.

Zbytek jako przynęta

Geoffrey Miller wysiłki te puentuje jednym prostym cięciem: bieda nie jest sexy. Nie stanowi żadnej zachęty, najmniejszej podniety. Niedobór nie jest żadnym afrodyzjakiem, w przeciwieństwie do nadmiaru, który potrafi mocno rozpalić wyobraźnię. Skoro już mamy się rozmnażać, niech nasze potomstwo ma zapewniony byt. Przyznam jednak, że nie do końca mogę zgodzić się z tym twierdzeniem. Rezygnacja z nadmiaru wśród ludzi wcale nie jest aż tak rzadką strategią, jak mogłoby się wydawać. Gdyby było inaczej, zasadnicze pytanie w rodzaju mieć czy być nie miałoby dziś sensu (choć uważam, że w obecnych czasach spójnik czy zastępowany jest coraz częściej przez i – bo i czemu rezygnować z czegokolwiek? Zrzeczenie się czegoś zaczyna stawać się znamieniem życiowej przegranej!).

Czy brak może być sexy?

Miller, pisząc o nie-sexy biedzie, powinien uwzględnić, że nie tyle bieda, ile odpowiednio zarządzany brak może być już całkiem interesujący. W kulturze konsumpcji przekłada się to na komunikat świadczący o wyższej niż przeciętna konsumenckiej świadomości. To z kolei sygnał, który dekodowany może być na wiele różnych sposobów, również jako świadectwo określonego systemu wartości, w niektórych kołach cenionego i pożądanego: stać mnie na inny styl życia, mam więcej wolności aniżeli reszta konsumenckiego stada. Rezygnuję z gonitwy za nabywaniem i czerpię z tego znacznie więcej niż sądzicie. Przykład? Mikrowyprawy – pomysłowa inicjatywa podróżnika Łukasza Długowskiego.

Chcesz przeżyć przygodę, której nie odnajdziesz w większości katalogów? Wyjdź z domu, idź przed siebie i wróć jutro – proste. Wybierz się do pobliskiego lasku, na łąkę, w nieznane. Spraw sobie kłopot i przetrwaj do jutra. Wrażenia gwarantowane, zapewnione przez umiejętne zarządzanie brakiem. Czy da się to stosownie obudować wizerunkowo? Naturalnie: przygoda jest niewyczerpanym źródłem stosownych tweetów, polubień i udostępnień. Nagle, nocując w szczerym polu, pozycjonujemy się w centrum zainteresowania grupy najbliższych znajomych, dystansując się względem tego, czym większość populacji lubi się dowartościowywać i dopieszczać: drogim, ociekającym luksusem wypadem na antypody.

(Bardzo) kosztowne minimum

Tak oto kultura konsumpcyjna doczekała się ostatnimi laty nieoczekiwanej – choć dość niszowej – mody na kontestację jej głównych nurtów. Wyrazem tego jest choćby filozofia slow movement, której emanację, drogi czytelniku, trzymasz właśnie w dłoniach. Oto część społeczeństwa nagle dochodzi do wniosku, że dość, że korporacyjny wyścig szczurów jest zbyt wyczerpujący i masami tęskni za wsią spokojną i wesołą. Snuje rojenia o porzuceniu pałaców ze szkła i stali, by przenieść się pod uszczelniane smołą strzechy, pomiędzy ściany z pni i bali, by żyć z uprawy własnego ogródka i codziennie rano pić ciepłe mleko oraz jeść dopiero co złożone na słomie jajka. Z czego wynika tak drastyczny zwrot w myśleniu?
Po pierwsze – nawrót do minimalizmu charakteryzuje się potencjałem pozorności. Niektóre jego przejawy w dalszym ciągu pozostają piekielnie drogie, bynajmniej nie po cenie minimalnej. Wbrew pozorom wczasy pod gruszą, z własnoręcznym ubijaniem masła, wyrobem garnków, połączone ze stażem u zduna czy kołodzieja, wcale do tanich nie należą. Podobne doświadczenie uchodzić może wśród najmodniejszych, hipsterskich elit za wyjątkowo pożądane.

W myśl tej zasady nieprzypadkowo rozpowszechnił się typ mężczyzny lumberseksualnego, czyli przysłowiowego drwala, nowego minimalisty: z brodą, odzianego we flanelową kraciastą koszulę i masywne buciory, który prawdopodobnie nigdy w życiu nie ściął nawet drobnej jabłonki. Jednak odwrót od mainstreamu widoczny jest jak mało gdzie. Mimo to reagują na niego producenci. Nowo nawróceni drwale miejscy muszą się odpowiednio ubrać, w związku z czym trzeba dla nich zaprojektować stosowne uniformy, wytworzyć niszę rynkową i wmówić im, że najlepsze wdzianka do rąbania drzew w centrach metropolii to oczywiście te najdroższe.

Tektura, odpady i lans

To oczywiście tylko jedna z form minimalizmu. Wysublimowany brak występuje również w designie (wystarczy w oknie wyszukiwarki wpisać frazę meble z, by w podpowiedziach ukazały się: meble z tektury, meble z podkładów kolejowych, meble z palet, meble ze złomu – każda linia droższa niż mogłoby się wydawać), w modzie, w sztuce – wszystko to z programowym założeniem, że kto ma ów brak zauważyć, to go zauważy i doceni. A z czasem i wyceni na potwornie wysokie kwoty. Nurt ten pozostaje zatem niczym innym, jak kolejnym przejawem mody, okazją do pozycjonowania się względem innych. Im większy minimalista, tym prawdopodobniej bardziej skrupulatny klient i śledczy nowych trendów. To zaś postawa wyjątkowo zgodna z duchem konsumpcjonizmu, a nie stojąca do niego w kontrze. Innym jego wymiarem jest zjawisko, które nazywam modą na drogi brak.

Wystarczy podać takie przykłady – tu akurat z obszaru diet – jak weganizm, witarianizm, ichtiwegetarianizm, dieta bezglutenowa czy w pełni ekologiczna. Każda z nich cechuje się drakońskimi wymogami, których przestrzeganie implikuje dwa niezbywalne elementy: rezygnację i… drożyznę. Rezygnuje się z całej puli produktów i jednocześnie płaci za tę możliwość słone sumy – kupując żywność zgodną z odpowiednim elementarzem neofity. Wykładamy zatem bajońskie kwoty w imię odmawiania sobie wybranej gałęzi produktów.
Uzasadnienia dla podejmowania takich kroków oczywiście mogą się drastycznie różnić, z punktu widzenia producenta ma to jednak znaczenie marginalne, grunt, że biznes się kręci. Co więcej, do otoczenia wysyłany jest bardzo konkretny komunikat: jestem świadomym najnowszych trendów konsumentem, stać mnie, kocham zwierzęta, a że inaczej smakuje? Jestem ponad to.

Weganizm obrósł już sporą, legendarną wręcz liczbą internetowych uszczypliwości, najlepiej wyrażającymi się w hashtagu beka z wegan. W myśl beki w kwestii rozpowiedzenia czym prędzej całemu otoczeniu o swojej diecie na wegan można zawsze liczyć. Pisząc to, nie mogę oprzeć się przywołaniu memu, na którym ukazany jest Brad Pitt w roli Tylera Durdena. Durden instruuje: Pierwsza zasada vege-klubu: powiedz wszystkim o vege-klubie. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, że minimalizm jest komunikatem?

Placebo na affluenzę?

Drugie wyjaśnienie jest takie, że minimalizm pełni rolę wentyla bezpieczeństwa. Każdy ekonomista zdaje sobie sprawę z faktu, że konsumpcjonizm to kolos na glinianych nogach: ażeby w ogóle był w stanie się utrzymać, miliony ludzi muszą zaspokajać potrzeby wykreowane przez przemysł reklamowy. Jednak taka gonitwa za modami, choć wciąga, może okazywać się nieprawdopodobnie wyczerpująca. Szczur stymulowany dopaminą potrafi zapomnieć o głodzie i pragnieniu, byle dostarczać sobie kolejnej porcji przyjemnych elektrowstrząsów. Potem jednak umiera.

Ludzie – szczęśliwie – mają nieco szerszą perspektywę, w związku z czym niektórym łatwiej przychodzi zauważyć, że bycie szczurem na dopaminie może skończyć się smutno.
Wówczas z pomocą przychodzi właśnie taki wentyl: świadomość, że niektórym udało się z owego kołowrotka wyrwać. Co więcej: może i mnie taka sztuka się uda? Jeszcze nie teraz,
ale za kilka, kilkanaście lat? Na emeryturze? Marzenie o porzuceniu korpo-konsumpcyjnego ładu pozwala zatem z jednej strony sprawnie funkcjonować w ramach systemu i podtrzymywać jego mechanizmy, a z drugiej nie daje zbyt prędko osunąć się w przygnębienie, przez ekspertów zwane affluenzą – pozornie niewytłumaczalną depresją spowodowaną konsumpcją.

Opowieści, urastające już niemal do rangi mitów, o takich oto nawróconych w popkulturalnej świadomości nie brakuje. Co chwila można poczytać barwne reportaże w… prasie lifestyle’owej z wyższej półki. Czy to nie swoisty paradoks? Temat programowego minimalizmu i rezygnacji z błędnego koła konsumpcji mocno eksploatowany jest przez tytuły i media konsumpcji służące najgorliwiej. Zupełnie tak, jakby pop-przemysł podsuwał nam pod nos sielskie bajeczki dla poprawy samopoczucia, po wysłuchaniu których szeptał zaś: Przyjdzie na to czas. A na razie wiesz, co najlepiej poprawi ci humor? Przejrzyj ofertę spod znaku… Posłusznie więc wracamy do znanych nam mechanizmów działania i gorliwie pracujemy w oczekiwaniu na odroczoną gratyfikację, która nie wiadomo, czy w ogóle zechce nadejść.


1. Affluenza – stan przesytu panujący w bogatym społeczeństwie, które obsesyjnie pragnie bogacić się bardziej, posiadać coraz większą ilość dóbr materialnych, co skutkuje gorączką zakupów (kult konsumpcji), lawiną zadłużenia osobistego, stresem, chronicznym przepracowaniem i w efekcie brakiem motywacji, poczuciem winy oraz izolacji; słowo używane głównie przez krytyków konsumpcjonizmu i kapitalizmu. (Źródło: Dobrysłownik.pl)
2. Potłacz – [chinook, 'dawać’], uroczyste zgromadzenie plemienne, organizowane przez społeczności indiańskie z północno-zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Celem potłaczu było utrzymanie dotychczasowego lub osiągnięcie wyższego prestiżu społecznego przez organizującego potlacz wodza, który poprzez demonstracyjne rozdawanie, a czasem i niszczenie dóbr odpowiadał na wyzwanie skierowane do niego podczas poprzedniego potlaczu przez wodza innego klanu czy plemienia; rządząca potlaczem zasada rywalizacji nakazywała rozdanie lub zniszczenie większej ilości dóbr w kolejnym potlaczu w celu uzyskania przewagi nad innymi wodzami. (Źródło: Encyklopedia PWN)

Affluenza.

Reklama B1

Zmieniaj świat wspólnie z nami

Dobre dziennikarstwo, wartościowe treści, rzetelne i sprawdzone informacje.
Tworzymy przestrzeń ludzi świadomych.

Wszystkie artykuły dostępne są bezpłatnie.
Abyśmy mogli rozwijać tą stronę, potrzebujemy Twojego wsparcia.