kultura

Po co nam kultura?

Żyjemy w niej zanurzeni po uszy, tworzymy ją bezwiednie na różnych poziomach. Zapytani, czym jest kultura, mamy jednak trudność z odpowiedzią, a kiedy pogłębimy indagację i zapytamy po co nam ona, popadamy w zupełne pomieszanie. Warto więc uporządkować powyższe kategorie i zastanowić się, w jakim miejscu obecnie jesteśmy. W jakiej relacji z nią pozostajemy, czy świadkujemy jej kryzysowi oraz dokąd to wszystko zmierza?

Tekst: Roger Weichert
Zdjęcia : Romina Ressia (www.rominaressiaph.com)

W pewnym sensie kultura jest dzieckiem burzy, która konstytuuje się z nieprzejednania oraz uporczywości spotkań wolności i zależności, jak to pisze Zygmunt Bauman – radości tworzenia i niedoli poddania¹. Borykamy się z kulturą, próbujemy ją zrozumieć, ale sprawia nam to niemałą trudność, do tego stopnia, że potrafimy wściekle podważać zasadność jej istnienia. No właśnie, po co nam ona? Zanim o tym, rozszyfrujmy, z czym przyszło nam się mierzyć i do czego zgłaszać pretensje.

kulturaCzym jest kultura i jakie są jej źródła?

Pojęcie kultury zrodziło się w drugiej połowie XVIII wieku w państwach Europy Zachodniej.

Francuskie „civilisation”, niemieckie „Bildung”, angielskie „refinement” – trzy dyskursywne potoki, jakie zlać się miały później w jeden nurt kulturowego dyskursu – były wszystkie nazwami „czynności”. Mówiły o tym, co się robiło lub co zrobić należało: o cywilizowaniu, kształceniu, naprawie obyczajów. Wszystkie trzy wyrażały niepokój o potrzebę działania².

W bardziej lub mniej bezpośredni sposób kreowały przekaz mówiący o konieczności cywilizowania ludzi, co miałoby uchronić ich od epidemii prymitywizmu i surowości obyczajów, a także od chaosu, który agresywnie napiera na kruchą konstrukcję człowieczej kondycji. Duch działania i gotowość do jego podjęcia wyrażały się właśnie w pojęciu kultury czyniącym świat dwubiegunowym, rozróżniającym ludzką wspólnotę na przewodników i przewodzonych.

Można więc powiedzieć, że pojęcie kultury u jej zarania odpowiadało przede wszystkim potrzebie ładu, a docelowa wizja jej stanu oscylowała wokół systemu, w którym całość jest tak skonstruowana, że wszystko ma swoją funkcję, pełni jakąś rolę i opatrzone jest niezbędną kontrolą – innymi słowy, stanowi nieodzowny tryb wielkiego mechanizmu.

Ale dość już tego dochodzenia genezy zjawiska, odwołajmy się bezpośrednio do definicji. W ramach poszukiwań tej najbardziej przystępnej, która da optymalny czytelnikowi obraz, najchętniej zgodziłem się z wytłumaczeniem terminu przedstawionym przez Bronisława Malinowskiego:

Kultura jest w sposób oczywisty integralną całością, na którą składają się narzędzia i dobra konsumpcyjne, konstytucyjne statuty różnorakich społecznych ugrupowań, ludzkie idee i rzemiosła, wierzenia i zwyczaje³.

Dopowiadając jeszcze słów kilka, należy napisać, że kultura, dzięki swojej różnorodności i wszędobylskości, pozwala nam radzić sobie z najbardziej wyszukanymi wyzwaniami, zarówno w wymiarze osobistym, jak i społecznym.

Odnajduję jednocześnie pewną niezręczność w słowach Malinowskiego, którą wszak warto badaczowi wybaczyć, gdyż pochodzą z pracy A Scientific Theory of Culture opublikowanej pośmiertnie w 1944 roku. Współcześnie integralną całość zamieniłbym na komplementarną całość. Pierwsze stwierdzenie mówi bowiem o nienaruszalności, określa kulturę jako niewzruszony monolit. Tymczasem tak pojmowanego świata już nie ma, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniał. Pozostała nam płynna przestrzeń zdominowana przez niekontrolowane zmiany, które ze sobą współgrają bądź ścierają się, lecz bez względu na początkową zgodność lub jej brak finalnie zazębiają się w bardziej lub mniej regularny sposób.

kulturaCzy kultura jest w kryzysie?

Skoro już dostaliśmy pożywkę do rozmyślań, czym kultura jest, jak można na nią spoglądać i w jaki sposób o niej mówić, sprawdźmy, jak się w niej znajdujemy i czy nasze samopoczucie nie podąża w pobliże przesiąkniętych emocjami domysłów. Dlaczego akurat tam? Każde pokolenie węszy upadek obyczajów, kryzys kultury, gdera i wieszczy, że na horyzoncie czai się niechybny koniec, dramat i pożoga. Zupełnie niepotrzebnie. To jest to, o czym wspominał nieco wcześniej Zygmunt Bauman – wojna ładu z żywiołem chaosu i zmiany. Dodać do tego można obfitość tworów kulturowych, których nijak nie potrafimy zaklasyfikować, co szczególnie podnieca nas do bicia na alarm. Już spodziewamy się czegoś przykrego lub w najlepszym razie niepokojącego. Gdybyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z domniemanym kryzysem, trwalibyśmy w tym impasie nieustannie.

Myśląc w ten sposób, zapętlamy się w pułapkę wadliwej percepcji. Posługujemy się bowiem znaną nam regułą wywołującą pewne przeświadczenie, odkrywającą w nas nieznośną intuicję, że jednak błąd tkwi nie w naszym postrzeganiu, a w domniemanych zasadach kulturowych, na których się opieramy, a które nieplastycznie się starzeją i nie nadążają za osiągnięciami oraz potrzebami człowieka. Nie potrafią sprostać wymaganiom współczesności. Są jednak na tyle silnie zakorzenione, że trudno je zdyskwalifikować i uznać za niebyłe, choćby z tego względu, że jeszcze nic klarownego i stałego, zamiast znanych reguł, nie zdążyło się ukonstytuować. Inaczej rzecz ujmując, nie pozwalają zrozumieć świata w jego współczesnej odsłonie. Jak zwykle, błąd nie tkwi w nas, tylko gdzieś na zewnątrz…

Posiłkując się powyższym rozstrzygnięciem, trudno jest więc pisać, że kultura znajduje się w kryzysie. Z pewnością ewoluuje, jej wymagające oblicze marginalizuje się i prowokuje niechęć. Raczej się na ten rodzaj kultury obraziliśmy, bo w społeczeństwie ryzyka nie daje nam takiej pewności, jak za czasów linearnego, spokojnego życia, gdy powojenna nadzieja stałego wzrostu, rekonwalescencja po doznanej katastrofie humanizmu i brak tak niesamowicie rozbudowanej sfery połączeń na różnych płaszczyznach dawały nam podstawy do postrzegania życia w kontekście skończonego, powtarzalnego cyklu. Ta okoliczność definitywnie odeszła wraz z nastaniem ery nowych mediów. Zwariowaliśmy, a wraz z nami kultura, którą tworzymy, w której uczestniczymy i którą również bezwiednie konsumujemy.

Kultura w zagrożeniu

W gruncie rzeczy najbardziej narażona jest nie na infantylne spłycenie, lecz na milczenie i zapomnienie w kluczowych dla niej momentach. Niepokój powinni budzić ci pozbawieni pytań oraz wątpliwości. Instant-wiedza z pewnością posiada relaksujący potencjał, można przecież ucieszyć się okruchami ze stołu erudycji, ale w żaden sposób ta imitacja uczty nie nasyci głodu odpowiedzi na pytania (jeśli się pojawiają) ani nie spowoduje, że będziemy bać się mniej tego, co przed nami.

Kultura, szczególnie ta z górnej półki, znajduje się w poważnym problemie, ponieważ jej uczestnicy boją się wartości, które ta w sobie zawiera. Znakomicie podsumował ten rodzaj lęku Stefan Chwin, konstatując, iż

duża część ludzi unika kultury wysokiej, bo wyczuwa, że ta niesie ze sobą podejrzany dar rozmyślania nad trudnymi sprawami, dla których te są nie do rozwiązania, to znaczy zawierają w sobie treści silnie depresyjne4.

W ten sposób zahaczamy o plagę naszych czasów, czyli niedostatek odpowiedzialności, który drąży nas jak woda skałę. Nie w tym rzecz, że nie potrafimy udźwignąć jej w kontekście relacji międzyludzkich czy obowiązków zawodowych. My nie potrafimy przede wszystkim być odpowiedzialni za samych siebie, jak również za kroki, jakie podejmujemy. Uciekamy więc od tej strasznej, wymagającej kultury definiującej wzorce, wskazującej i nędzę, i szlachetność ludzkich istot, ich góry i doliny. Uciekamy na równinę, gdzie żadna sprawiedliwość tych dwóch skrajnych prawd nas nie doścignie i nie pożre. Wytwarzamy w zamian alternatywną formę kultury, a raczej generujemy rozmaite wariacje kultury masowej, która w swoim szeroko płynącym nurcie będzie skłonna zakwalifikować i zaakceptować niemalże każdy swój zrelatywizowany objaw.

Czego zatem powinna obawiać się kultura, a co za tym idzie, również jej uczestnicy? Obojętności tych ostatnich, ich bojaźliwości, etycznego, intelektualnego i duchowego przykurczu. Czego jeszcze? Cząstkowej wiedzy i niechęci do jej zgłębiania oraz kontemplowania. Złudzenie wiedzy, poczucie, iż posiadło się ją bezwzględnie i teraz oto można jej używać podług uznania, wprawiło nas w doskonały nastrój i gwałtowną potrzebę narzucania swoich racji członkom naszego otoczenia, zarówno realnego, jak i wirtualnego. Tych się powinna obawiać kultura, którzy każącym palcem sprawiedliwości sprzedają dogmaty na jej temat i nie uczą, jak wiedzę zdobywać, tylko mówią, co uczestnicy i jej konsumenci mają myśleć. Ale przede wszystkim lękać się powinna ich małości, kabotyństwa i wszelkich póz, za którymi się kryją. Klęskę domniemanych aspiracji i mądrości najlepiej wyrażają delikatnie zmodyfikowane słowa Tadeusza Konwickiego5:

Chcą się wadzić z Bogiem, a wadzą się tylko z nogawkami przechodniów, chcą wgryźć się w absolut, a wgryzają się w cudzą łydkę, chcą ulecieć w niebo, a ryją w kupie nawozu.

Tymczasem kultura, będąc w stanie permanentnej niepewności, pozostając zanurzona w nurcie ewolucji, nadal trwa na swoich pozycjach, lecz jest coraz częściej samotna. Można powiedzieć, że dochodzą do głosu jej zbarbaryzowane, atawistyczne formy, których romans z okrucieństwem i przemocą w różnych postaciach ma wszelkie prawo wzbudzać obrzydzenie. Być może znów minie sporo czasu, zanim na powrót zrozumiemy, że potrzebujemy jej otwartości, przestrzeni, gotowości do łączenia i dyskutowania, a nie do dzielenia i eksponowania poczucia wyższości. Kultura pozwala nam żyć, współżyć, współpracować i dźwigać wyzwania, jakie stoją na drodze ludzkości. Nadaje życiu sens, wymiar i rytm, buduje nas jako ludzi na każdej możliwej płaszczyźnie.

kulturaDokąd to wszystko zmierza?

To pytanie postawione na granicy szaleństwa. Ale przecież chcemy wiedzieć, nalegamy, szczególnie gdy grunt już uciekł spod naszych stóp, a my stale trzymając się dawnych reguł i wzorców kulturowych, rzuceni jesteśmy w zupełnie inne realia, ni diabła nie potrafiąc odnaleźć w tym zgiełku siebie. Pokolenia funkcjonujące na styku technologicznego przełomu i drastycznej zmiany stylu życia oraz obietnic z nim związanych mają prawo do poczucia zagubienia.

Wizja kultury, która nie przyświeca przekonaniu o jej nieomylności, kruszy fundament jej obiektywizmu i potencjału bezpieczeństwa, jaki dotąd ze sobą niosła. Z drugiej jednak strony zmusza do zaangażowania i obserwacji procesu stawania się kultury będącej wartkim potokiem podlegającym nieustannej zmianie.

Wreszcie namawia ona do transformacji myślenia o sobie, pchając nas w ramiona rozwoju, poszukiwań i samoświadomości. Zaprasza do podejmowania dialogu, dyskusji na forum, ale również wsłuchiwania się w przekaz, który pochodzi z otoczenia. Współczesność nie daje nam nadziei, że kiedyś ten nowy upragniony monolit zasad, niezbędnych do prowadzenia ściśle uregulowanego życia, się pojawi. Myślę, że nie możemy na to liczyć, ponieważ kultura w zindywidualizowanym i zintensyfikowanym cyfrowym świecie przemieniła się w pęczniejące uniwersum, gdzie odnalezienie siebie wymaga głębokiego wglądu i przenikliwości. Cóż, mamy do tego narzędzia, lecz rzadko kiedy posiadamy dostateczną wolę korzystania z nich. Wielka z tego płynie lekcja i mądre przesłanie: Nie łudźcie się, będziecie błądzić. Dlatego nie pozostało nic więcej, jak nauczyć się błądzić skutecznie. A kultura zaangażowana, otwarta i odważna wydatnie nam w kluczeniu pomoże.


Źródła
1. Z. Bauman, Kultura jako spółdzielnia spożywców [w:] Ponowoczesność jako źródło cierpień, Warszawa 2000.
2. Tamże.
3. Pełen przypis wygląda następująco: B. Malinowski, Czym jest kultura? [w:] red. A. Mencwel, Antropologia kultury. Zagadnienia i wybór tekstów, Warszawa 2005.
4. S. Chwin, Po co nam kultura? – www.instytutobywatelski.pl.
5. T. Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Warszawa 2005.

Po co nam kultura?

Reklama B3

Zgłoś się do TBPI 2020 | YOUNG!

Opublikuj swoje prace w The Best Polish Illustrators!
Zdobądź stypendium za projekt okładki TBPI 2020 | YOUNG