Foodsharing: jedz i dziel się
Foodsharing: jedz i dziel się
Reklama B1

Zmieniaj świat wspólnie z nami

Dobre dziennikarstwo, wartościowe treści, rzetelne i sprawdzone informacje.
Tworzymy przestrzeń ludzi świadomych.

Wszystkie artykuły dostępne są bezpłatnie.
Abyśmy mogli rozwijać tą stronę, potrzebujemy Twojego wsparcia.

Foodsharing

Zamiast wyrzucać jedzenie – lepiej je komuś oddać. To łatwiejsze niż się wydaje dzięki foodsharingowi, który zyskuje popularność w polskich miastach. Pojawiają się w nich kolejne jadłodzielnie, gdzie mile widziane są niemal wszystkie produkty spożywcze. Foodsharing ma jeden cel: uratować żywność przed zmarnowaniem. W ramach meal sharingu można natomiast podzielić się dodatkową porcją obiadu, a nawet wziąć udział w kulinarnej uczcie przygotowanej przez kucharza-amatora. Dołączycie?

Tekst: Joanna Koprowska
Zdjęcie: Kuarmungadd (Fotolia.com)

Ekonomia współdzielenia to nie tylko wczasy z Airbnb czy przejażdżka BlaBlaCarem. To również dzielenie się jedzeniem, które zamiast wyrzucać, możemy zanieść do specjalnego punktu. Dzięki temu ktoś inny będzie mógł się poczęstować tym, czego my kupiliśmy zbyt dużo i nie damy rady zjeść. Foodsharing, czyli dzielenie się jedzeniem, to idea, która w Polsce ma się coraz lepiej. Jedni z jej wyznawców organizują tzw. jadłodzielnie. To ogólnie dostępne punkty z lodówką lub szafką, do których można przynosić różne przysmaki. Chodzi o to, by zamiast pozbywać się artykułów spożywczych, dań pozostałych po wizycie gości, nadprogramowych warzyw lub owoców, przynieść je do miejsca, w którym ktoś będzie mógł się nimi poczęstować. W ten sposób ratuje się żywność przed zmarnowaniem.

Śmietnik to nie miejsce na żywność

O tym, że jedzenia się nie wyrzuca, słyszał chyba każdy. Niestety, statystyki wskazują, że jest to powszechne zjawisko. Polska zajmuje piąte miejsce w Unii Europejskiej na niechlubnej liście krajów, w których marnuje się najwięcej jedzenia. Wyprzedziły nas jedynie Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Holandia. Bilans jest zatrważający: rocznie w Polsce wyrzuca się aż 9 milionów ton żywności, z czego 2 miliony[i] pochodzą z polskich domów. Szacuje się, że średnio każdy Polak wyrzuca do śmietnika 52 kilogramy żywności rocznie. To niemal kilogram na tydzień, co w przeliczeniu na złotówki daje od 25 do 45 złotych regularnych strat!
Dlaczego tak się dzieje? Najczęściej wymieniane powody to przegapienie terminu przydatności do spożycia, zbyt duże zakupy, zbyt duże porcje posiłków czy niewłaściwe przechowywanie żywności. W badaniu CBOS[ii] okazało się, że częściej jedzenie wyrzucają osoby bardziej zamożne oraz zajmujące wysokie stanowiska. Pocieszające są natomiast deklaracje, że wyrzucamy mniej jedzenia niż w 2005 roku. Choć problem ten nadal istnieje – i to nie tylko w Polsce.
Raport Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa FAO donosi, że całkowita strata części jadalnych produktów wynosi aż 1,3 mld ton rocznie[iii]. ONZ postanowił zająć się problemem, dlatego w swoich celach rozwojowych na lata 2015-2030 uwzględnił zmniejszenie o połowę marnotrawstwa żywności na etapie sprzedaży oraz konsumpcji oraz strat na etapie rolnictwa i przetwórstwa do 2030 roku[iv].
Dzięki Bankom Żywności nadwyżki od producentów i dystrybutorów produktów spożywczych coraz częściej trafiają do stołówek, jadłodajni i organizacji odpowiedzialnych za przygotowywanie paczek żywnościowych dla potrzebujących. Trudniej zagospodarować nadwyżki z gospodarstw domowych. Zwłaszcza że niemal jedna trzecia polskiego społeczeństwa[v] przyznaje się do marnowania jedzenia. Wśród produktów, które najczęściej lądują w koszu są wędliny, pieczywo i warzywa. Kupujemy więcej niż jesteśmy w stanie skonsumować i choć nikt nie lubi wyrzucać jedzenia, często wydaje się, że nie mamy innej alternatywy. Jak poradzić sobie z tym problemem? Społeczna świadomość daje nadzieje, że coraz więcej ludzi zainteresuje się ideą jaką jest foodsharing.

Z Niderlandów do Meksyku

Za ojca ruchu foodsharingowego uznaje się Raphaela Fellmera – aktywistę z Niemiec, który dokonał rzeczy niemożliwej. Niemal bez pieniędzy odbył podróż z Niderlandów do Meksyku. Musiał je tylko przeznaczyć na opłaty celne. Niemałą odległość między kontynentami pokonał jednak bez żadnych innych kosztów, zarabiając na transport pracą swoich rąk i korzystając z uprzejmości bezinteresownych ludzi. Na jedzenie nie wydał ani grosza.
Gdy Fellmer powrócił z dalekich wojaży postanowił odciąć się od konsumpcjonizmu. Jego miesięczna podróż otworzyła mu oczy. Skoro w zupełnie obcych zakątkach świata udało mi się przetrwać bez wydawania pieniędzy, dokonanie tego samego w Berlinie wydawało mu się błahostką. Myśl tę szybko przekuł w postanowienie i już od kilku lat z wyboru żyje bez pieniędzy. Za drobne prace porządkowe dach nad głową zapewniają mu i jego rodzinie zaprzyjaźnieni ludzie. Jedzenie zdobywa sam dzięki foodsharingowi.
Fellmer założył serwis foodsharing.de, który dał początek społeczności dzielącej się jedzeniem. Idea była prosta. Na stronie mógł ogłosić się każdy, kto miał do zaoferowania coś do jedzenia. Ludzie pokochali ten pomysł i z chęcią zaczęli dzielić się nie tylko jedzeniem, ale także rozmaitymi sprzętami czy ubraniami. Internauci fotografują produkty, które chcą komuś oddać i wstawiają zdjęcia w serwisie. Zainteresowani mogą się do nich zgłosić i odebrać towar we wskazanej lokalizacji.
Foodsharing stała się tak popularny, że wymiana jedzenia stała się możliwa zarówno w przestrzeni wirtualnej jak i publicznej dzięki powstałym punktom wymiany. Ruch ten połączył już wiele krajów europejskich i nie tylko. Jadłodzielnie powstały m.in. w Rumunii, Czechach, Austrii, Szwajcarii, Libanie, Hong Kongu, Kanadzie czy Stanach Zjednoczonych Ameryki. Wszystkich łączy nadrzędny cel: nie wyrzucać tego, co inny zje z ochotą.

Dzielmy się jak bracia

Na polski grunt foodsharing przeszczepiły Karolina Hansen (była wolontariuszka Banku Żywności) i Agnieszka Bielska (była pracownica Federacji Polskich Banków Żywności). Na fanpage’u Foodsharing Polska na Facebooku deklarują: chcemy, by w całym kraju pojawiły się lodówki i regały z dobrym jedzeniem, którym każdy może się poczęstować. To produkty, które nadają się do spożycia, a mogły zostać bezsensownie wyrzucone. Zdążyliśmy je uratować, zanim trafiły w niepożądane miejsce. Dbamy o jakość i bezpieczeństwo żywności. Każdy może się podzielić i każdy może się poczęstować. Umożliwiamy to!
Polacy pokochali te zasady. W miastach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kolejne jadłodzielnie. Kolebką jest Warszawa, gdzie już niemal półtora roku temu uruchomiono pierwszy taki punkt, a od tego czasu powstało tutaj ich już kilka. Obecnie w różnych zakątkach Polski możemy się pochwalić niemal 30 jadłodzielniami. Do inicjatywy dołączyło wiele miast m.in. Toruń, Zielona Góra, Poznań, Szczecin czy Kraków. Polacy zamiast wyrzucać do śmietnika jeszcze dobre produkty, mogą przynosić je do wyznaczonych miejsc i chętnie z tej możliwości korzystają.
Kolejne miasta dołączają do ruchu dzięki zaangażowanym mieszkańcom. Zaznaczyć bowiem trzeba, że to działalność zupełnie oddolna i wszystko trzeba organizować samemu. A przede wszystkim nie w pojedynkę, dlatego bardzo ważne, by zarazić swoim pomysłem innych ludzi dobrej woli, którzy wesprą swoim czasem, umiejętnościami, a nierzadko i pieniędzmi.

Jadłodzielnie miejskie

Jadłodzielnie bywają wewnętrzne oraz zewnętrze. Pierwsze znajdują się pod dachem i dzięki uprzejmości zazwyczaj jakiejś fundacji lub urzędu zajmują wewnątrz ich budynku niewielką wydzieloną przestrzeń wspólną, w której umieszcza się lodówkę lub regał. Niektóre miasta doczekały się nawet małych samodzielnych lokali. W Toruniu funkcjonuje na przykład jadłodzielnia w małym pomieszczeniu na rynku. Handlarze przekazują do niej owoce i warzywa, których nie sprzedali lub które uszkodziły się podczas transportu. Takich raczej nikt już nie kupi, choć całkowicie nadają się do zjedzenia.
Drugi, zewnętrzny typ jadłodzielni to zazwyczaj stojąca w przestrzeni miejskiej „budka”, czyli specjalnie zaprojektowana wolnostojąca szafa, dostępna całodobowo dla wszystkich chętnych. Każdy może przynosić tutaj nadwyżki jedzenia i częstować się tym, co akurat zastanie na półkach.
Aby zorganizować jadłodzielnię w swoim mieście trzeba mieć dużo energii, zapału i wolnego czasu. Przede wszystkim najpierw trzeba znaleźć miejsce i wyznaczyć jego opiekuna, czyli osobę odpowiedzialną za porządek w jadłodzielni, a także za akcję informacyjna dotyczącą jej powstania. Gdy te działania mamy za sobą, pora na ratowanie żywności. Trzeba nawiązać kontakty z osobami prywatnymi, restauratorami, handlarzami, producentami, właścicielami sklepów czy stołówek szkolnych.
Organizatorzy zaznaczają, że w foodsharingu nie chodzi tylko o to, by pomagać ludziom biednym, bezdomnym czy starszym, którym brakuje na podstawowe produkty. Fakt, to najczęstsi beneficjenci tego ruchu, ale nie jedyni. Pomoc im to tylko efekt uboczny, ponieważ głównym celem foodsharingu jest zapobieganie marnowaniu żywności.

Szafki i lodówki pełne łakoci

O tym, co można znaleźć w jadłodzielniach, nie śniło się największym smakoszom. Oprócz podstawowych towarów i regularnych dostaw z pobliskich piekarni czy sklepów można się natknąć na prawdziwe perełki. Zdarzają się takie produkty jak karob, belgijskie czekoladki czy mieszkanki egzotycznych przypraw.
Bywają dostawy zaskakujące. Wtedy można zastać szafkę wypchaną po brzegi czekoladowymi batonami, lodówkę zasypaną owocowymi jogurtami lub wykwintnymi deserami. Bywają też dni biedne, gdy w punkcie nie ma nic, co można by ze sobą zabrać. W weekendy półki raczej świecą pustkami, ale w tygodniu dzięki współpracy z lokalnymi przedsiębiorcami dużo się dzieje. Jedzenie rozchodzi się bardzo szybko, dlatego warto śledzić strony inicjatyw na Facebooku, gdzie na bieżąco pojawiają się informacje o większych dostawach. Zdarza się, że do jadłodzielni trzeba przyjść z własnym pojemnikiem, np. na zupę, którą ktoś dostarczył w 6-litrowym baniaku.

Zasady dzielenia się jedzeniem

Trzeba pamiętać, że jadłodzielnie nie są śmietnikiem. Nie przynosi się tu czegoś, czego sami byśmy nie zjedli. Nie przynosi się tutaj surowego mięsa czy alkoholu. Zabrania tego regulamin. Mówi on też jasno, że każdy korzysta z zasobów jadłodzielni na własną odpowiedzialność. Czym jeszcze nie można się dzielić? Wśród zakazanych produktów są przede wszystkim te z surowymi jajkami, niepasteryzowanego mleka czy otwarte puszki i słoiki z przetworami. Nie przynosimy też produktów z widocznymi oznakami zepsucia, o podejrzanym wyglądzie bądź zapachu, nadgniłych czy z wydętym wieczkiem.
Możemy natomiast zostawić produkty, które przekroczyły datę minimalnej trwałości („najlepiej spożyć przed”), ale nie przekroczyły terminu przydatności do spożycia („należy spożyć do”). Dozwolone są również wyroby własne, o ile starannie je zapakujemy i opatrzymy informacją o wykorzystanych składnikach oraz dacie powstania. Nawet napoczęte produkty suche typu makarony, kasze, mąki, strączki nie są zakazane, jeśli należycie je zabezpieczymy. Sałatki, dania ze śmietaną czy podatnym na zepsucie nadzieniem oraz produkty, które na etykiecie mają informacje o przechowywaniu od +2 do +8 °C, trzeba dostarczyć do jadłodzielni w przenośnej lodówce lub torbie termicznej.

Ratownicy żywności

Produkty w jadłodzielniach nie zawsze pojawiają się same. Często można się nimi częstować za sprawą ratowników żywności, czyli wolontariuszy, którzy poświęcają prywatny czas na to, by żywność zdobywać. Ratownicy tworzą bardzo zróżnicowaną ze względu na wiek, status społeczny i zamożność grupę. Spotkamy wśród nich i studentów, i emerytów, których łączy wspólny cel – przeciwdziałanie marnowaniu jedzenia.
W jaki sposób dołączyć do ratowników żywności? Jeśli w naszym mieście już funkcjonuje ruch foodsharingowy, wystarczy zgłosić się do jego przedstawiciela. Każda lokalna inicjatywa ma zazwyczaj swój fanpage na Facebooku lub stronę www. Tam znaleźć można wszelkie niezbędne informacje, jak dołączyć do grona zaangażowanych.

Inne wcielenia foodsharingu

Foodsharing ma więcej barw niż się wydaje. Do Polski zaczęła również przenikać moda na tzw. meal sharing, czyli dzielenie się posiłkiem – i to na różne sposoby. Gdy nie chce się gotować po pracy lub ma się ochotę na szybki lunch, wystarczy uruchomić smartfon i za pośrednictwem wybranej aplikacji sprawdzić, co serwują okoliczni mieszkańcy. Niektóre umożliwiają nawet wynajęcie kucharza amatora, który odwiedzi nas w mieszkaniu, przygotuje wybrane danie, a nawet po sobie posprząta.
Jednym z rodzajów meal sharingu jest communal dining zwany również social dinning. Platformy wykorzystujące ten model ułatwiają spotkania miłośników dobrego jedzenia (tzw. foodies) z gospodarzami-kucharzami (hosts). Ci drudzy goszczą u siebie pierwszych, zapraszając ich – za ustaloną wcześniej opłatą – na wspólny posiłek. To nie tylko okazja do spróbowania ciekawych dań, ale też na poznanie ciekawych ludzi oraz alternatywa dla osób, które lubią podróżować i poznawać obce kraje poprzez kuchnię serwowaną przez tubylców.
Jeśli chcemy wybrać się na taką gościnę, wystarczy pobrać aplikację, przejrzeć listę posiłków oraz gospodarzy w danym mieście, zarezerwować miejsce przy wspólnym stole, a potem uiścić opłatę wejściową.

Jak znaleźć gospodarza za granicą?

Pionierem meal sharingu jest platforma EatWith, która zrzesza niemal 700 hostów w ponad 200 miastach na całym świecie, m.in. w Barcelonie, TelAwiwie, Buenos Aires, Moskwie. Oprócz niej na posiłek do nieznajomego można wybrać się również za pośrednictwem VizEat, Bon Appetour, Feastly, Eat in Common, Mealsharing.com i Mealshare.org. W ten sposób zwiedzając różne miasta, zamiast wybierać się do restauracji, można po prostu nawiązać ciekawe znajomości, a przy okazji zjeść w towarzystwie.
Koszty takiej przyjemności są bardzo zróżnicowane, podobnie jak oferowane menu i dodatkowe atrakcje. Niektórzy gospodarze nie tylko zapraszają na ucztę, ale proponują wspólne zwiedzanie, zakupy na lokalnym targu i pomoc w wyborze przypraw, które zabierzemy ze sobą jako pamiątkę z podróży. W Paryżu ceny wynoszą nawet 200 euro, podczas gdy w Berlinie skorzystać z takiej atrakcji można już za 40 euro. Mamy do wyboru jeden posiłek, ale też i cały dzień w towarzystwie gospodarza i jego rodziny. Przed podróżą w wybrany zakątek świata, warto rozejrzeć się wśród licznych opcji.

Dosiądź się, czekamy przy stole!

Na polskim podwórku działa strona EatAway, tworząca międzynarodową społeczność kucharzy gotujących domowe posiłki. Jej hasło brzmi: Dosiądź się, czekamy przy stole!. Zaglądając na stronę Eataway.com przekonamy się, czy w naszym mieście znajdziemy osoby, które chętnie zaproszą nas do siebie. W Warszawie można się wybrać na rozmaite uczty, których ceny zaczynają się od 25 zł, a kończą na ponad 100 zł. Rodowita Białorusinka serwuje wariacje z ziemniaków, a warszawianka kolację dla zmarzluchów. Inni kucharze zapraszają do swoich rodzinnych stron, proponując karaibskie, amerykańskie czy tajlandzkie przysmaki. Można się też umówić na chińską ceremonię picia herbaty lub ucztę z matcha w roli głównej.
EatAway to jedyna foodsharingowa aktywna platforma w Polsce, która dodatkowo umożliwia zamawianie posiłków z odbiorem. I tak w Warszawie za 13 zł można skosztować wietnamskich kanapek od Chrisa czy za 15 zł owocowe szejki od Mai.

A może zwyczajny obiad?

W fazie testów beta jest kolejna strona o polskim rodowodzie, która ułatwia umawianie się na wspólne posiłki. Zwyczajny.pl ma łączyć ludzi, którzy gotują u siebie w domu, ale mogą ugotować więcej i podzielić się z innymi. Twórcy chcą stworzyć system, który da ludziom łatwy dostęp do smacznego, zdrowego jedzenia oraz polepszy relacje między ludźmi i ułatwi im kontakty z sąsiadami. Strona umożliwia również udział w dyskusjach, ponieważ funkcjonują na niej grupy tematyczne, m.in. o budownictwie naturalnym, minimalizmie, jodze, a nawet zwierzętach.
Tutaj za 10-15 zł zakupimy domowe dania, np. wege tofu ze słodkimi ziemniaczkami, naleśniki ze szpinakiem, tartę jaglaną na spodzie z orzechów ziemnych i wiórek kokosowych czy tradycyjną zupę jarzynową. Na razie strona działa w wybranych miastach.

Szukasz lokalnie przygotowywanych zdrowych posiłków?

Kiedy jedzenie przygotowywane jest przez osobę, a nie przez korporację, smakuje inaczej. Domowe posiłki zaspokajają więcej niż tylko nasz apetyt. One łączą ludzi – deklarują twórcy aplikacji Josephine, cieszącej się popularnością w Stanach Zjednoczonych. Celem twórców jest wzmacnianie więzi miedzy lokalnymi społecznościami, zbliżanie do siebie ludzi, budowanie zaufania i umożliwianie zarobku kucharzom-amatorom. Josephine podobnie jak Zwyczajny.pl łączy ludzi przez jedzenie. Lokalni kucharze dzielą się swoimi kulinarnymi wyczynami za niewielkie pieniądze. Hasło przewodnie aplikacji brzmi Get Home Cooked Food From Your Neighbors (ang. Zdobądź domowe potrawy od swoich sąsiadów).
W Polsce natomiast działa Quertes. Protoplaści tak witają się z użytkownikami: Cześć! Jesteśmy grupą ludzi totalnie kochających jedzenie! Bez tej pasji nie bylibyśmy w stanie stworzyć naszej aplikacji Quertes – platformy pozwalającej dzielić się jedzeniem. Spotykają się tu drogi tzw. chefów, czyli ludzi gotujących prywatnie i kochających to, co robią z tzw. foodies, którzy zamawiają, odbierają lub czekają na dostawę posiłku przygotowanego przez wybranego wcześniej chefa.
Z Quertesem można nawet przygotować przyjęcie. Wystarczy przejrzeć portfolio szefa i wybrać coś z jego oferty. Aplikacja sprawdzi się świetnie, jeśli szukamy idealnego tortu na urodziny lub przygotowujemy większą imprezę i szukamy kogoś, kto przyrządzi na nią posiłki dla gości. Opcja menu umożliwia znalezienie gotowych już dań, którymi w ciągu najbliższych godzin chefowie chętnie z nami się podzielą.
Warto tez wiedzieć, że dzięki polskiej aplikacji UlalaChef możemy zarezerwować kucharza, który zrobi zakupy, przyjdzie we wskazane miejsce i przygotuje posiłek według własnej receptury. A potem posprząta po swoich akrobacjach w kuchni.

Na ratunek głodnym sąsiadom

LeftoverSwap to aplikacja, która umożliwia podzielenie się posiłkiem z kimś zainteresowanym. Jeśli została nam jakaś porcja obiadu, możemy zrobić jej zdjęcie, wrzucić do aplikacji i udostępnić swoją lokalizację. Dzięki temu nie wyrzucimy jedzenia, bo ktoś znajdujący się w pobliżu odbierze je od nas lub wymieni za inne danie.
Twórcy aplikacji wpadli na pomysł podczas studiów. Zauważyli, że choć często zamawiają pizzę, nie zjadają jej w całości. W domu studenckim nie stanowiło to problemu, zawsze znajdowała się głodna osoba, która kończyła konsumpcję. Ale w świecie rzeczywistym, w którym często nie znamy naszych sąsiadów i nie mamy, kogo poczęstować dodatkowa porcją obiadu, taka aplikacja to skarb. Nie musimy szukać jadłodzielni, by się podzielić, wystarczy zdjęcie dania, a wkrótce odwiedzi nas osoba, która ma na nie apetyt. Na razie LeftoverSwap jest jednak popularny tylko w dużych miastach w Stanach Zjednoczonych.

Zrób coś wspaniałego z dodatkową porcją

Przygotuj dodatkową porcję i dostarcz ją do sąsiada, który tego potrzebuje lub podziel się nazwiskiem kogoś, kto chętnie skorzystałby z takiej formy pomocy – od tego zachęca bardzo ciekawa inicjatywa Casserole Club. Powstała w 2011 roku w ramach projektu społecznościowego platforma łączy osoby, które lubią gotować ze starszymi sąsiadami, którzy nie zawsze mogą przyrządzić coś dla siebie – ze względu na ubóstwo lub niemoc fizyczną.
Inicjatorzy zaczynali bardzo skromnie, ale szybko okazało się, że pomysł zdobył serca ludzi, którzy widzą w nim sposób na sprostanie niektórym wyzwaniom w zakresie opieki zdrowotnej i społecznej. Po kilku latach działalności aplikacja ma ponad siedem tysięcy zarejestrowanych osób, które dzielą się na co dzień tysiącami smacznych, domowych dań z sąsiadami, którzy tego najbardziej potrzebują. Oprócz tego, że Casserole Club przeciwdziała niedożywieniu osób starszych, wzmacnia lokalne więzi i umożliwia nawiązanie nowych znajomości, a nawet przyjaźni. Inicjatywa ma najwięcej wyznawców w Australii i Wielkiej Brytanii.

To nie moda, lecz styl życia

Z raportu „(Współ)dziel i rządź!”[vi] PwC Polska wynika, że w Polsce wzrasta świadomość społeczna w zakresie ekonomii współdzielenia. Już 40% obywateli słyszało o serwisach, dzięki którym osoby prywatne odpłatnie świadczą usługi, z czego 26% aktywnie z nich korzysta. Wszystko wskazuje na to, że zarówno jadłodzielni, jak i platform oraz aplikacji foodsharingowych będzie przybywać. Ludzie stają się coraz bardziej ufni i świadomi tego, że dzielenie się jedzeniem przynosi wiele korzyści. To przecież nie tylko oszczędność czasu, pieniędzy i walka z marnowaniem żywności, ale też okazja do spróbowania nowych potraw i poznania ciekawych osób.


Przypisy

[i] Raport Komisji Europejskiej, X 2010.
[ii] Deklaracje Polaków dotyczące marnowania żywności,  CBOS, 2016.
[iii] Global food losses and food, Food and Agriculture Organization of the United Nations, Roma, 2011.
[iv] Cele w ramach Zrównoważonego Rozwoju ONZ na lata 2015-2030, punkt 12.3 (United Nations, Sustainable Development Goals).
[v] Raport Federacji Polskich Banków Żywności „Nie marnuj jedzenia 2016”, MillwardBrown, 2016.
[vi] (Współ)dziel i rządź! Twój nowy model biznesowy jeszcze nie istnieje, PWC Polska, 2016.

Foodsharing

Reklama B3

Przekaż darowiznę naszej Fundacji

Wszystkie artykuły dostępne są bezpłatnie.
Abyśmy mogli rozwijać tą stronę, potrzebujemy Twojego wsparcia.